niedziela, 29 maja 2016

Ulubieńcy maja 2016! The Balm, MAC, Zoeva, Aliexpress!

Ulubieńcy maja 2016! The Balm, MAC, Zoeva, Aliexpress!
Raz w miesiącu przychodzę do Was z produktami, które szczególnie sobie upodobałam. Uważam,że jestem coraz bardziej świadoma w kwestii wyboru i zanim kupię coś nowego musi minąć sporo czasu. Staram się również używać wszystkich produktów na zmianę ponieważ nienawidzę poczucia,że coś leży w kącie i tylko się kurzy. Tak więc maj należał zdecydowanie do firmy The Balm, którą sprawiłam sobie rok temu w czerwcu na urodziny.


Nie ukrywam,że paleta The Balm Voyage na rzecz Chocolate Bar od Too Faced poszła w odstawkę. Chyba każda z Nas ma podobnie w przypadku nowości, używamy jej tak długo aż pierwsza fala ekscytacji minie. Uwierzycie,że moja na czekoladę trwała od września do maja?!




Niemniej jednak powróciłam do The Balm i mimo,że uważam ją pod względem jakości za gorszą, dumnie prezentowała się na moich oczach w tym miesiącu. Kombinowałam z nią na różne sposoby i byłam z niej zadowolona. Uważam,że jest stworzona do dziennych makijaży i duża część kobiet znalazłaby w niej coś dla siebie.


Kolejnym produktem marki do którego znów poczułam szybsze bicie serca został puder do konturowania Bahama Mama. Na przełomie jesieni i zimy odcień średnio mi pasował. Gdy zrobiło się cieplej wygląda na mnie zdecydowanie lepiej. Cieszę się,że mam naprawdę świetny produkt na letnie dni i nie muszę szukać niczego innego!


Na instagramie pisałam Wam,że upodobałam sobie pewną kombinację trzech produktów. Bahamę Mamę już poznaliście, czas na pozostałe dwa! W kwestii różu jestem wierna jednemu od dnia 8 marca, gdy to dostałam go w prezencie z okazji Dnia Kobiet! Mowa oczywiście o Palace Door, którego dorwiecie w palecie do konturowania od Zoevy! Prezentuje się niezwykle pięknie i nie potrafię go sobie odpuścić! Co więcej, nigdy nie byłam do tego typu produktów przekonana a odkąd zakochałam się w efekcie jaki daje to cudo, mam ochotę na więcej! (Kolejny na liście, będzie MAC!)


Jeśli chodzi o rozświetlacz przez dłuższy czas królował u mnie Soft and Gentle. Na jego temat wypowiadałam się wiele razy i pomału mam wrażenie,że będziecie miały go przeze mnie dość. Nic nie poradzę,że jest aż tak cudowny! Nie mam mu nic do zarzucenia!



Cena mogłaby być ciut niższa ale z drugiej strony, patrząc na to co ma do zaoferowania i na jak długo wystarczy, da się to przeboleć!




Drugim rozświetlaczem, który również zasługuje na miejsce w tym poście jest znana wszystkim Mary Lou Manizer. Przez ostatnie 10 dni nie dawałam jej spokoju. Przepięknie wygląda z Bahamą Mamą i wspomnianym wcześniej różem od Zoevy. Tutaj podobnie jak przy produkcie do konturowania, Mary wygląda u mnie ładniej gdy się ociepli i mogę pozwolić sobie na większy błysk i szaleństwo!

W kwestii kosmetyków do pielęgnacji nie było zbyt dużych modyfikacji. Zmieniłam jedynie olejek do demakijażu z Resibo, na tańszy z Evree. Pisałam Wam,że nie wyszło mi to na dobre i po cichu zdradzę,że trzecie opakowanie mojego ukochanego produktu już do mnie idzie!


Na koniec, już całkiem niekosmetycznie chciałabym wspomnieć o nowej, uroczej obudowie, którą trzy tygodnie temu zamówiłam na aliexpress za 6zł. Uważam,że tematyka pasuje do mnie idealnie!

sobota, 21 maja 2016

Denko! Buble! Stop mikrogranulkom w kosmetykach!

Denko! Buble! Stop mikrogranulkom w kosmetykach!
Zużywając kosmetyki regularnie, przychodzi czas gdy trzeba się z nimi rozstać. Wyrzucając puste opakowania, nachodzi chwila refleksji nad produktem i obietnicami, jakie daje producent. Dziś chciałabym się nimi podzielić a przy okazji poruszyć temat, o którym dowiedziałam się jakiś czas temu. 


Dwa pierwsze produkty, to maseczki do twarzy firmy Bania Agafii. Są to kosmetyki rosyjskie, z naturalnymi składami, które mieszczą się w saszetkach i kosztują w granicach 5-11 zł w zależności od rodzaju.


Posiadam wersję witaminową oraz oczyszczającą. Obie bardzo przypadły mi do gustu i używałam ich na zmianę.


Wersja witaminowa ma kolor czerwony i nie zastyga na twarzy. Przy nałożeniu czuć wyraźne ciepło, które ma wpłynąć na poczucie rozgrzania. W swoim składzie zawiera m.in: olej dzikiej róży, dzikiej maliny, sok poziomki, jagody. Pachnie jak domowej roboty dżem, który chciałoby się na miejscu zjeść! Wpływa w dużym stopniu na nawilżenie i bez problemu się zmywa!


Wersja oczyszczająca na bazie błękitnej glinki to również strzał w dziesiątkę. Za każdym razem gdy czułam,że potrzebuję wyraźnego oczyszczenia porów, sięgałam właśnie po ten kosmetyk! Zastyga na twarzy ale bez problemu można później się go pozbyć. Jak zapewnia sam producent błękitna glinka -zawiera sole mineralne i mikroelementy, które wykazują działania przeciwzapalne i skutecznie oczyszczające. Z uwagi na to krótko nadmienię,że pokochałam jej zapach - kojarzy mi się z morzem i wakacjami. 


Kolejne dwa produkty, które skończyłam to mini wersje marki Kiehl's. Szczegółowo o pielęgnacji tymi kosmetykami wypowiadałam się tutaj. Zarówno głęboko oczyszczający żel nagietkowy jak i tonik do każdego typu cery spisały się u mnie bez zarzutu. Jestem pod wielkim wrażeniem wydajności żelu, który przy stosowaniu dziennym i wieczornym wystarczył mi od 4 kwietnia do teraz. Byłam przekonana,że pożegnam się z nim o wiele szybciej. Cudownie pachnie, w połączeniu z wodą tworzy delikatną piankę, która nie podrażnia moich oczu. Z pewnością do niego wrócę!


Tonik, jak podejrzewacie skończył się o wiele szybciej i czekał przez dłuższy czas aby zagościć w tym poście. 40zł za 75ml to dość sporo ale cieszę się,że mogłam poznać coś co tak sporo osób chwali. Na dłuższą metę, nie jest to opłacalne więc muszę poszukać mu godnego następcy. 


Jeśli kiedykolwiek zwrócicie uwagę na tę serie Gliss Kur, omijajcie ją szerokim łukiem. Poza korzystną ceną, przyjemnym zapachem, który utrzymuje się na włosach dość długo i ładnym opakowaniem, który mnie do niego zwabił, produkt nie robi na moich włosach kompletnie nic dobrego. 


Odżywka nie pomaga mi w rozczesywaniu, mam wrażenie,że moje włosy są jeszcze bardziej splątane. Szampon, który denkuje teraz mój chłopak, obciążał moje włosy u nasady, co w efekcie wyglądało jakbym nadal miała włosy nieumyte. O ile lubię odżywki w sprayu tej firmy, ta seria to kompletny niewypał i bubel! To pierwsze produkty, które kupiłam pod wpływem chwili i bez przeczytania wcześniejszych recenzji! Trzy razy wielkie NIE!


Na koniec chciałabym wspomnieć o dwóch produktach firmy Ziaja. Limonko-cytrynowy peeling odrzucił mnie od siebie już od pierwszego zastosowania. Spływał z ciała i ciężko było mi wykonać nim oczyszczanie. W dodatku drobinki były bardzo małe i nie czuć było kompletnie działania. Oczyszczająca pasta to produkt udany. Zarówno zapach i forma konsystencji odpowiadała mi przez dłuższy czas. Niestety będę musiała się z nią pożegnać! Powód jest jeden - mikrogranulki!


Bardzo długo żyłam w pewnej nieświadomości i chciałabym uchronić Was i od tego błędu. Trafiłam na film ThePinkRook, która opowiadała w nim na temat szkodliwości mikrogranulek w kosmetykach.


Do filmu odsyłam Was tutaj. W wielkim skrócie chodzi o to,że te plastikowe mikrogranulki dostają się do mórz, oceanów, jezior i zwierzęta,które później trafiają na nasze talerze, mylą je ze swoim posiłkiem. Substancje chemiczne przenikają do ich organizmów powodując zatrucia a nawet śmierć. Smutne jest to,że np. w USA wycofywanie tych zakazanych produktów rozpocznie się 1 lipca 2017 roku a w Europie tak mało na ten temat się mówi. Ja jak widać podjęłam działanie i pozbywam się tych dwóch produktów z Ziaji. 


Co prawda, plastikowe mikrogranulki są szkodliwe ale łatwo jest znaleźć inne, pochodzenia naturalnego, które nie robią środowisku taki złych rzeczy. Jednym z tego typu produktów, którego jak widać zostało mi na kilka ostatnich użyć, jest oczyszczający peeling Sylveco!


Produkt pojawił się w moich ulubieńcach 2015 roku! Nie mogę powiedzieć na jego temat złego słowa. Drobinki są praktycznie niewidoczne ale zapewniam,że czuć je podczas wykonywania peelingu! 


Wielki ulubieniec, do którego z pewnością powrócę. Uwielbiam jego zapach i to jak przyjemna jest moja buzia po oczyszczeniu!


Jak widać na swojej drodze spotkałam kilka perełek i bubli, o których chcę jak najszybciej zapomnieć. Niedługo przypuszczam,że pojawi się haul z nowościami, bo czymś buzię muszę tonizować i oczyszczać. Mam w planie zakup kilku produktów, do usłyszenia więc wkrótce!

wtorek, 17 maja 2016

Cztery rozświetlacze i cztery różne efekty! Opinia po kilku miesiącach!

Cztery rozświetlacze i cztery różne efekty! Opinia po kilku miesiącach!
Rozświetlone partie twarzy potrafią całkowicie odmienić makijaż. Mam to szczęście,że mój typ cery nie należy do tłustej i  mogę pozwolić sobie na taki efekt każdego dnia o różnej intensywności. Wiem,że kobiety z takimi problemami zwykle boją się i rezygnują z tego typu kosmetyków z obawy przed nadmiernym świeceniem się. Trzeba jednak podkreślić to,że rozświetlacze dostępne na rynku oferują przeróżne efekty i polubić może się z nimi każdy. Odpowiednio nałożone i dobrane potrafią wyczarować cuda!

Postanowiłam pokazać Wam dziś moje cztery propozycje, które używam zamiennie. (Łącznie posiadam sześć tego typu produktów, jednak jeden z nich jest rozświetlającym kremem a drugi można nabyć tylko jeśli zakupi się zestaw w którego skład wchodzi również produkt do konturowania i róż.)


Pierwszym produktem jest znany niemal wszędzie wypiekany rozświetlacz marki MAC w odcieniu Soft and Gentle. Przyznam,że bardzo długo chodził mi po głowie jednak z racji ceny znacząco mnie od siebie odpychał. 126zł to naprawdę sporo i w pełni rozumiem obawy wynikające przed niesprawdzeniem się. W ubiegłe wakacje, po zakończeniu pracy letniej stwierdziłam,że raz się żyje, czas zaryzykować i dać mu szansę!


Gdy tylko sprawdziłam go w salonie stacjonarnie, wiedziałam,że muszę go mieć! Zrobił na mnie ogromne wrażenie!


Używam go bardzo często i nie zauważyłam większego zużycia. Moim zdaniem jest idealnym, dziennym rozświetlaczem. Nie świeci się jak kula dyskotekowa, jest zdecydowanie bardziej subtelny, co niesamowicie mi odpowiada. Określiłabym go jako złocisty, brzoskwiniowy brąz z dość dobrą trwałością. Przy wieczornym demakijażu wciąż widzę blask jaki daje! Coś pięknego!


Rozświetlacz marki My Secret, który dorwiecie w każdej Naturze przez pewien czas długo leżał nieużywany. Początkowo nie zrobił na mnie dużego wrażenia, był dobry ale bez większej rewelacji.


Gdy za oknem zrobiło się cieplej postanowiłam dać mu szansę. Jakie było moje zdziwienie gdy okazało się,że prezentuje się nienagannie!


Zauważyłam na twarzy przepiękne złote refleksy! Efekt tak mi się spodobał,że nie dawałam mu spokoju przez prawie miesiąc czasu! Jak widać wypiekana formuła sprawiła,że nie widać nawet zużycia! 



Jedynym problemem jaki dostrzegłam jest ilość jaką należy nakładać. Gdy zdarzy mi się użyć go zbyt dużo, nie wygląda zbyt dobrze. Polecam nakładać lekką ręką i efekt Was zadowoli! (Słyszałam,że mają wprowadzić jaśniejszy odcień - cieszę się bardzo, być może wtedy ten problem zniknie)


Mary Lou Manizer, firmy The Balm to mój pierwszy, droższy rozświetlacz, do którego mam słabość i sentyment. Równie jak MAC Soft and Gentle jest wszędzie znany i cieszy się ogromną popularnością.


Jest produktem bardzo mocno napigmentowanym i tworzy przepiękną, złotą taflę koloru. Ogromny plus za lusterko, które przyda się na różnego rodzaju wyjazdach. 


Minusem jest bardzo łatwe kruszenie się produktu, co doskonale widać na zdjęciu. Trzeba obchodzić się z nim bardzo delikatnie i uważać aby nie dopuścić do upadku. Podejrzewam,że skończyłoby się to całkowitym zniszczeniem.


Ostatnim produktem jest drogeryjny rozświetlacz firmy Lovely. Jak sama nazwa wskazuje, jego błysk będzie srebrzysty.


Pod względem trwałości jest dla mnie najsłabszy. Po kilku godzinach mam wrażenie,że znika z twarzy i pozostawia jedynie małe srebrne drobinki.



Nie uważam aby był zły. Z racji najniższej ceny, nie oczekuję od niego zbyt wiele. 


Wiem,że jego złoty odpowiednik cieszy się wielkim zainteresowaniem. Ten nie wypada najgorzej ale nie ukrywam,że mam lepsze produkty po które sięgam częściej.




Jak widać każdy z produktów oferuje mi całkiem coś innego. Lubię różnorodność i cieszę się,że je posiadam. Pamiętajcie,że wyżej pokazane swatche zawierają nadmiar produktu i na skórze, aplikując je za pomocą pędzla efekt wygląda inaczej. Tutaj bardziej chodziło mi o ukazanie różnic w kolorach. 

Na dziś to już wszystko, dajcie znać o Waszych ulubieńcach. Ja w sekrecie Wam zdradzę,że mam na oku jeszcze kilka produktów. Kto wie,może kiedyś się skuszę!

poniedziałek, 16 maja 2016

Zestaw pędzli Hakuro po prawie 2 latach użytkowania - czy jestem zadowolona z zakupu? warto wydać ponad 100zł?

Zestaw pędzli Hakuro po prawie 2 latach użytkowania - czy jestem zadowolona z zakupu? warto wydać ponad 100zł?
Pomysł na ten post zrodził się w mojej głowie jakiś czas temu. Doskonale pamiętam moment moich rozmyśleń na temat zakupu lepszych, pierwszych pędzli. Stwierdziłam,że skoro miałam taki okres w życiu  to z pewnością i teraz ktoś może taki mieć. Sklepy online szaleją i możemy napotkać w nich mnóstwo firm, które narzędzia do makijażu oferują. Łatwo się we wszystkim pogubić i utknąć w punkcie w którym przez pewien czas trwałam i ja. 


Decydując się na pędzle Hakuro wiedziałam,że stawiam na coś pewnego. Do dziś mimo królowania na rynku np. Zoevy, kobiety pozytywnie wypowiadają się o tej marce.  Miałam poczucie,że zakup się opłaci i ułatwi zdecydowanie mój codzienny makijaż. 

Koszt zestawu siedmiu pędzli z tego co pamiętam wynosił 110-120zł. Bez względu na ułatwienie jakie pędzle miały mi zaoferować, cena mimo to mnie przerażała. Zawsze wybierałam coś tańszego np. w Rossmannie. Czy mój wybór się opłacił?


Odpowiem jednoznacznie,że tak. Od pierwszego użycia poczułam odwzajemnioną miłość i cena jaką musiałam za nie zapłacić odeszła w zapomnienie. Robiły na mnie takie wrażenie,że aż szkoda było mi je używać. Klasyczny wygląd, brak brzydkiego zapachu, przyjemne włosie spowodowały ogromną radość i ulgę,że dotychczasowe narzędzia będą miały doskonałe wsparcie.

Zestaw MEDIUM oryginalnych pędzli Hakuro zawiera:
- H50s: pędzel do podkładu

- H24: pędzel do konturowania, różu 

- H78: pędzel do cieni

- H77: pędzel "puchacz" do rozcierania

- H85: pędzel do brwi, eyelinera

- H70: pędzel do nakładania cieni

- H60: pędzel do korektora
Zestaw zawiera niezbędne pędzle do precyzyjnego makijażu twarzy oraz oczu. Dobrany został pod kątem osób, które pragną używać profesjonalnych pędzli w domowych warunkach jak również dla osób, które zawodowo zajmują się makijażem.
Pędzle wykonane są z włosia syntetycznego lub naturalnego, drewnianego trzonka z wierzby Hakuro pomalowanego na czarno oraz skuwki w kolorze srebrnym. Pędzle są bardzo dobrej jakości, znane i cenione nie tylko w Polsce ale i na świecie.

Nie będę wypowiadała się na temat tego, do czego dany model służy. Każda z Nas doskonale wie,że nie zawsze trzeba korzystać z pędzla zgodnie z jego głównym założeniem. Chciałabym skupić się na tym jak po prawie dwóch latach prezentuję się ich stan i czy mam im coś do zarzucenia.


Pierwszą zauważalną rzeczą jest przetarte bądź słabo widoczne logo i nazwa pędzla. Nie podoba mi się to pod względem estetyki. Wiem jednak,że czas i mycie pomimo dbania robi swoje. (Mbrush mimo,że mam go o wiele krócej zdziera się jak widać szybciej)


H50s,H24,H70,H78 to pędzle, których włosie mnie nie zawiodło i wygląda wciąż tak jak przy zakupie. Nie mam im absolutnie nic do zarzucenia.


3 pozostałe pędzle również uważam za bardzo dobre ale mam kilka uwag. Otóż:
H85 jest cudownym pędzlem jednak wpływ żelowych eyelinerów, których używałam przez pewien czas często osłabiło jego włoski. Musiałam kupić nowy. Pomady do brwi na które się przestawiłam również zostawiły swój ślad i tak co kilka miesięcy decyduję się na nową sztukę. 
H60 przez długi czas był moim ulubieńcem jeśli chodzi o nakładanie cieni na powiekę ruchomą. Ostatnio zauważyłam,że pomału zaczyna się rozwalać. Włoski po myciu dość mocno się odkształcają mimo trzymania go w osłonce. Tak jak w przypadku H85 działa na niego czas.
H77 do rozcierania wciąż niesie ze sobą burzliwą dyskusję. Zgodzę się,że włoski przy jego myciu lubią wypadać ale jak widać po prawie dwóch latach mój wciąż ma ich dużo. Minusem może być jego odczuwanie na powiece. Ja używałam go długi czas i przyzwyczaiłam się do tego jaki jest. Mając porównanie do Zoevy czy MBrush wiem,że są one bardziej miłe i rozumiem gdy dana dziewczyna mając te dwie marki obrzuca błotem ten model Hakuro. Różnica jest bardzo wyczuwalna ale jak dla mnie na początek naprawdę daje rade i używam go zamiennie do dziś. 


Zestaw na początku zrobił na mnie ogromne wrażenie. Im dłużej przemierzałam przez stronę makijażowego świata, tym pojawiały się lepsze modele.  Choć czas nieustannie płynie, mam do tych siedmiu pędzli słabość i chętnie do nich powracam. Absolutnie nie żałuję. Na koniec dodam,że przekonałam do nich nawet moją siostrę. Rok temu kupiła zestaw skierowany tylko do oczu i używa go do dnia dzisiejszego. Jest równie zadowolona co ja!

PS. Niektóre modele są świeżo po umyciu i jeszcze dobrze się nie osuszyły dlatego bądźcie wyrozumiałe.
Po H77 widać to najbardziej :)
Copyright © 2016
kargawr.pl
, Blogger