środa, 28 września 2016

Fotorelacja z Krakowa oraz nowości kosmetyczne! Nyx, MAC, Inglot.

Fotorelacja z Krakowa oraz nowości kosmetyczne! Nyx, MAC, Inglot.
Ostatnie dni spędziłam bardzo miło w Krakowie. Kilka miesięcy temu podczas spotkania z Katosu, w galerii Krakowskiej wiedziałam,że z wielką przyjemnością powrócę do tego miasta na dłużej.



Pogoda która towarzyszyła całemu wyjazdowi była bardzo sprzyjająca. W dzień spokojnie można było chodzić w cieplejszej bluzie. 



Kraków jest pięknym miejscem w którym bardzo dużo można zwiedzić. Nikogo nie zdziwię,że ponad połowa dnia poświęcona została Wawelowi i jego okolicy.





Niezapomniane widoki i lęk wysokości dały o sobie znać! 






Smocza jama oraz odpoczynek w blasku słońca, tuż nad Wisłą było czymś przyjemnym.



Tłumy ludzi, muzyka na żywo, lane piwo na rynku tworzyły niezwykły klimat wieczorem.


Udało mi się zjeść w najstarszej indyjskiej restauracji - Indus Tandoor. Czytałam o niej bardzo dużo i byłam ciekawa czy faktycznie jedzenie jest tak dobre. Lokal wizualnie nie zachwyca i przyznam,że przydałoby się lekkie odświeżenie. Na plus jednak dbałość o detale. Skusiłam się na butter chicken czyli kurczaka w sosie pomidorowo-maślanym z dużą ilością mleczka kokosowego. Ogromne kawałki kurczaka, ryż i chlebek nan spowodowały,że w zupełności najadłam się połową porcji! (Proponuję też wybierać dania w wersji łagodnej, które swoją drogą są już dość pikantne! Poziom ostrości znacznie odbiega od tego do czego jesteśmy przyzwyczajeni w daniach polskich.)


Jajownia to kolejne miejsce, które było na liście do odwiedzenia. To mały lokal serwujący pastę jajeczną z przeróżnymi dodatkami. Naprawdę nie spodziewałam się,że istnieje tak wiele fajnych kombinacji. Jadłyście pastę z dodatkiem granatu bądź kiwi? Warto odwiedzić!


Z dwóch kolejnych miejsc nie udało mi się zrobić zdjęcia dlatego tylko o nich wspomnę. Pracownia Cukiernicza Stanisław Sarga słynie z długich kolejek oraz pysznych lodów. Przyznam,że spróbowałam smaku kakaowego oraz śmietanki. Były bardzo smaczne ale w innych miastach jadłam równie dobre. Wracając z Wawelu chciałam odwiedzić również dom rodzinny Heleny Rubinstein przy ulicy Szerokiej 14. Ulicę łatwo było znaleźć - dziś znajduje się tam hotel z restauracją. Polecam wybrać się na taki spacer i zobaczyć gdzie mieszkała. 


Przed galerią Krakowską znajdował się punkt Nyx'a. Byłam w nim dwa razy i skusiłam się jedynie na pomadkę Lingerie. (Było sporo ciekawych produktów lecz akurat te które najbardziej mnie interesowały zostały wykupione.)




Udałam się więc w stronę MAC'a. Konturówka którą chciałam sprawdzić była wyprzedana dlatego postawiłam na matowe wykończenie pomadki, które bardzo mi odpowiada. Co mogę więcej powiedzieć? Taupe witaj w kosmetycznej rodzinie! Gdybym miała porównać ją do Velvet Teddy powiedziałabym,że jest ciemniejsza i wpada w cieplejsze tony. Podoba mi się!




Na koniec, korzystając z okazji wspomnę jeszcze o nowej konturówce z kolekcji what a spice oraz pigmencie o numerze 85! Tuż przed samym wyjazdem skusiłam się jeszcze na to i nie żałuję! Postaram się za jakiś czas przyjść z większymi recenzjami i pokazać, zwłaszcza jak prezentują się produkty do ust!

Znacie te kosmetyki? Lubicie Kraków tak bardzo jak ja? :)

piątek, 23 września 2016

Pieniądze wydane czyli dwie nowości z Inglota!

Pieniądze wydane czyli dwie nowości z Inglota!
Do niedawna utrwalacze bądź mgiełki do makijażu wydawały się być dla mnie zbędnym dodatkiem. Nie wiem czemu ale myśląc o tego typu kosmetykach, miałam przed oczami kobietę psikającą sobie twarz lakierem do włosów, co wiąże się ze sklejeniem oraz trudnościami z mimiką. Nie pytajcie skąd się to u mnie wzięło, być może niewiedza przed nieznanym powodowała,że tego typu produkty omijałam szerokim łukiem.


Stwierdzenie,że apetyt rośnie w miarę jedzenia okazało się być w moim przypadku całkiem trafne. Większa wiedza, rosnąca liczba kosmetyków a przy tym więcej możliwości powodowało,że brakowało mi produktu, który scaliłby nanoszone warstwy a przy tym przedłużał ich trwałość.


Logicznym wydało mi się to,że wisienką na torcie a przy tym punktem końcowym będzie użycie kosmetyku, którego wcześniej tak bardzo się obawiałam. Całe szczęście rynek kosmetyczny na chwilę obecną proponuje coraz większy wybór a przy tym zadowala swą jakością. 


Jeśli dobrze pamiętacie, ostatnim produktem tego typu w moim posiadaniu była mgiełka z Inglota, o różowym zabarwieniu. Skończyłam ją jakiś czas temu i bardzo miło wspominam, mimo,że nie ma w swym działaniu silnie utrwalających właściwości. Świetnie za to sprawdzała się latem podczas upałów oraz przy ściąganiu z twarzy nadmiernego pudru. Co więcej dość dobrze współpracowała z moim beauty blenderem, którym bez problemu nakładałam później podkład. 


Zostając przy firmie, ( która swoją drogą coraz bardziej pozytywnie mnie zaskakuje ) postanowiłam pójść krok dalej i wypróbować słynny wszędzie fixer. 


Cena produktu różni się w zależności od pojemności. 50ml magicznego płynu kosztuje 21zł, gdzie 150ml dostaniemy w cenie pojemności dwóch buteleczek 50ml czyli 42zł. ( Ja zdecydowałam się zakupić wersję mniejszą z tego względu,że chciałabym ją porządnie wypróbować i ewentualnie w przyszłości skusić się na większą. )


Opakowanie produktu nie różni się niczym od mgiełki, którą miałam wcześniej. 


Po pierwszych próbach stwierdzam,że aplikator w taki sam sposób produkt rozpyla. Bez obaw, krople nie są bardzo duże i nie powinny nikomu przeszkadzać.


Uważam,że tak prosta wizualnie forma prezentuje się dość profesjonalnie i nie mam do niej w żadnym stopniu zastrzeżeń. 




Z pierwszych wrażeń mogę odnieść się również do zapachu. Nie jest on na tyle piękny jak w przypadku mgiełki brzoskwiniowej ale myślę, iż jest też na tyle neutralny i szybko ulatniający się,że nawet wybredny nos będzie w stanie go zaakceptować. 


W kwestii składu cieszę się,że nie zawiera alkoholu! O szczegółowym działaniu oraz wpływie na moją skórę napiszę za jakiś czas!


Na koniec chciałabym pokazać Wam jeszcze jeden cień z najnowszej kolekcji Inglot what a spice. Po pozytywnych odczuciach względem koloru 300, dobrałam jeszcze 299. Wprost idealny do jesiennych makijaży a pigmentacją przypomina marki, które bardzo sobie cenię!

To tyle jeśli chodzi o moje zakupy. Dość skromnie ale za to paczuszka, którą niosłam miała w sobie to czego potrzebowałam. Koniecznie napiszcie jaki macie stosunek do mgiełek, fixerów i czy kuszą Was najnowsze cienie marki?

czwartek, 22 września 2016

Inwestycja w drogie podkłady? 2 tygodnie z Lancome Teint Miracle!

Inwestycja w drogie podkłady? 2 tygodnie z Lancome Teint Miracle!
Nie bez powodu w dzisiejszym tytule gości słowo inwestycja. Każda z Nas zna swoje możliwości finansowe i wie na co może sobie pozwolić. Bywają momenty w których decydujemy się na produkty których cena przekracza kwotę 100zł, co w moim odczuciu jest tego typu zjawiskiem. Płacimy za coś więcej, oczekując czegoś co przewyższy oczekiwania i będzie pod wieloma względami odpowiadało nam bardziej niż to co znałyśmy dotychczas. W dobie licznych tańszych zamienników, których jakość może być lepsza lub gorsza, od czasu do czasu chcemy odkryć nowe formuły, skryte w przepięknych i bardziej wyszukanych opakowaniach. Podkład o którym dziś chciałabym opowiedzieć jest dla mnie tego rodzaju odskocznią a jego zakup, jak zapewne się domyślacie rozważałam kilkanaście miesięcy. Czy wart był tych wszystkich rozmyślań i pierwsze wrażenia okazały się być zgodne z tym o czym wszyscy piszą? Tego dowiecie się właśnie dzisiaj.


Zanim przejdę do właściwego opisu, chciałabym podzielić się z Wami przemyśleniami na temat mojego stanowiska odnośnie wysoko półkowych podkładów.  Po wielu próbach z drogeryjnymi markami, nie zawsze moje zakupy kończyły się zadowoleniem. Najczęstszą przyczyną okazywały się słabe warianty kolorystyczne, które nijak mają się do urody przeciętnej Polki. Wiem,że istnieją produkty do rozjaśniania i można w ten sposób sprawę załatwić jednak ja od konkretnego producenta oczekuję, że kolor na buzi nie będzie zbyt mocno oksydował i nie będę zmuszona do wydawania kolejnych pieniędzy na następny kosmetyk.


Po drugie uważam,że decydując się na pełny makijaż twarzy, to podkład jest bazą i od niego w większości przypadków zależy jak dane kosmetyki np. do konturowania będą się prezentować. Słabsza trwałość ma ogromny wpływ na ogólny efekt dlatego jestem w stanie za tego typu kosmetyk zapłacić więcej.


Moja cera aktualnie zmierza w kierunku suchej, potrzebującej dawki nawilżenia. W większych temperaturach delikatnie lubiła się przetłuścić w strefie T. Przez dwa tygodnie udało mi się przetestować podkład Lancome w obu tych przypadkach i na ich podstawie nasunęło mi się kilka wniosków.


Głównym zadaniem tego produktu jest rozświetlenie i nadanie jak najbardziej naturalnego wyglądu. Po samych zapewnieniach można więc wywnioskować,że krycie nie będzie zbyt wysokie i nada się raczej dla cer bezproblemowych bądź z pojedynczymi zmianami, które zakryje kamuflaż. Szczerze, nie rozumiem dlatego negatywnych opinii, które spotkałam na wizażu gdzie zarzucano,że brzydko podkreślał nierówności i większe niedoskonałości. (Myślę,że duża część z Was przyzna mi rację,że od tego typu właściwości skóra tłusta, z problemami trądzikowymi powinna raczej uciekać!)


Na mojej bezproblemowej cerze, która potrzebuje jedynie wyrównania kolorytu w obszarze nosa i policzków produkt spisuje się naprawdę dobrze. Polubiliśmy się od pierwszej aplikacji. Po pierwsze kolor 005 wtapia się idealnie, po drugie w szybki i łatwy sposób formuła rozprowadza się za pomocą beauty blendera. Każda najmniejsza niedoskonałość, delikatne piegi i pieprzyki zostają przykryte i buzia przygotowana jest do dalszego makijażu.


Oprócz przepięknych detali buteleczki, która cieszy moje oko jestem z zakupu bardzo zadowolona. Podkład zaskoczył mnie pod względem rozświetlającego wykończenia. Z reguły jest tak,że buzia tuż po nałożeniu dość mocno się błyszczy i po kilku godzinach trzeba efekt uspokoić pudrem. W tym przypadku, na mojej twarzy efekt nazwałabym dość subtelnym. Po przypudrowaniu cera wciąż jest rozświetlona ale błysk jest umiarkowany i po czasie nie wygląda to tak jakbym była spocona. Co prawda, dzięki wyższym temperaturom udało mi się współpracować z tym produktem również w takich warunkach. Zapewniam Was,że moje oczekiwania zostały spełnione. Buzia nie wyglądała tragicznie i nawet bez poprawki mogłabym spokojnie przeżyć dzień. Wiadome jest tylko,że błysk w tym przypadku był większy dlatego decyzję o jego zakupie w okresie letnim zostawiam Wam. Dla mnie pora jesienno-zimowa wydaje się być najkorzystniejsza. Blask gdy za oknem jest szaro i zimno, potrafi ładnie cerę odświeżyć i nadać tego czegoś.


Lekka i niewyczuwalna formuła, idealnie dobrany kolor, brak odbicia podkładu podczas rozmowy przez telefon, blask pod kontrolą, ujednolicenie cery to według mnie naprawdę sporo i wystarczająco. Powiedziałabym nawet,że dawno nic tak bardzo mi nie pasowało! Gdybym jednak miała wymienić dwie wady, tyczyłyby się one opakowania oraz zapachu, który nie każdemu mógłby się spodobać. Jako,że cenię sobie czystość produktów kolorowych jak i pielęgnacyjnych muszę nadmienić,że podczas wydobycia produktu, lubi on osadzać się wokół aplikatora w większej ilości, co wiąże się z tym,że wszystko dookoła się brudzi (Wiem,że nie jest to dość duży zarzut i myślę,że udało mi się to jakoś na tym zdjęciu zobrazować). Efekt jest bardzo podobny do podkładu Loreal True Match - jeśli miałyście ten produkt będziecie wiedziały o czym mówię. Gdybym miała porównać je do siebie względem efektu to według mnie Lancome mniej się świeci i nie ściera się tak szybko z okolic nosa. Loreal lubił odbijać się też na wyświetlaczu mojej komórki co doprowadzało mnie do szaleństwa.


W kwestii zapachu podkład przypomina mi produkty marki MAC. Porównałabym go do słynnego korektora Pro Longwear. Jest dość specyficzny i może znaleźć przeciwników. Dla mnie nie jest to przeszkodą i używam go z dużą przyjemnością. (Na zdjęciu możecie zobaczyć najjaśniejszy odcień dostępny w Sephorze.)


Gdybym miała odnieść się do zachwytów jakie na jego temat krążą mogłabym na chwilę obecną w pełni je zrozumieć. Wielką przewagą jest zdecydowanie kolor, który dla kobiet takich jak ja może okazać się zbawieniem. Po drugie do zakrycia mniejszych niedoskonałości wystarcza mi tylko jedna pompka, co w dużym stopniu wpłynie na jego wydajność. Buzia nie świeci się jak kula dyskotekowa i prezentuje się naprawdę perfekcyjnie. Bardzo lubię testować nowe podkłady a w tym przypadku czuję,że mogłabym do niego powrócić. Zobaczymy jak za kilka miesięcy wpłynie na moją cerę i wtedy odwołam się do moich przemyśleń. Na ten moment cieszę się,że zdecydowałam się na zakup i wierzę w brak rozczarowania!

niedziela, 18 września 2016

Nowości kosmetyczne, pierwsze wrażenia! Golden Rose, My Secret, Alterra.

Nowości kosmetyczne, pierwsze wrażenia! Golden Rose, My Secret, Alterra.
Od pewnego czasu mam wrażenie,że rynek kosmetyczny oferuje coraz więcej nowości. Gdy dana rzecz zwróci moją uwagę na tyle,że chciałabym ją kupić, tuż za rogiem pojawia się inna i tak w kółko. Jak widać model AIDA (Attention,Interest,Desire,Action) skutecznie działa i ciężko jest mu się oprzeć, czego skutkiem są dzisiejsze zakupy które od jakiegoś czasu namiętnie używam. 


Jako,że robienie zakupów internetowych wiąże się zazwyczaj z wydawaniem na nie większych sum a wymówka w stylu,że płacąc za wysyłkę nie opłaca się brać tylko jednego produktu skutecznie działa, wiedziałam,że będę musiała skorzystać z drogerii i wybrać nowy krem do twarzy. Zależało mi na dobrym składzie, działaniu i przyjaznej dla portfela cenie. Wychodzę z założenia,że krem nawilżający wcale nie musi być bardzo drogi. (Zdecydowanie wolę inwestować w serum, które na mojej skórze daje bardziej widoczne efekty.) Przeglądając masę blogów, natknęłam się jak widać na firmę Alterra która w swojej ofercie posiada krem pielęgnacyjny granat. Używam go zarówno wieczorem jak i rano przed nałożeniem makijażu. Po demakijażu i nałożeniu koncentratu z Kiehl's nakładam go w większej ilości. Rano nie odczuwam żadnego dyskomfortu i uważam,że razem działają naprawdę dobrze. Jeśli chodzi o poranek, zauważyłam,że tutaj kwestią kluczową jest wielkość jaką używam na buzie ponieważ im jest ona większa, krem ciężej się rozprowadza a co za tym idzie podkład może się na niej zważyć! Na olejku z Kiehl's produkt jakby się ślizga i jego konsystencja nie stanowi większego problemu. Rano jest zdecydowanie ciężej ale idzie się do tego przyzwyczaić i wypracować odpowiednią technikę. Na dzień dzisiejszy sprawdza mi się świetnie i mimo początkowych trudności, dałam sobie z nim radę. Za 50ml trzeba zapłacić 8,49 co uważam za cenę bardzo atrakcyjną. Warto nadmienić,że aplikacji towarzyszy przyjemny, słodki, owocowy zapach! Jestem na tak!


Po bardzo udanym pierwszym wrażeniu jeśli chodzi o matowy cień do powiek firmy My Secret, za nieco ponad 4zł będąc w Naturze, dokupiłam dwa kolejne kolory!



Nie mam do nich żadnych zastrzeżeń! Śmiało mogę porównać je do cieni z Too Faced, The Balm, Zoevy, Inglota czy Makeup Geek! Makijaż przy ich użyciu to prawdziwa przyjemność!


Nabierają się na pędzel bez większej trudności! Podczas rozcierania tworzą przepiękny efekt a przy tym nie znikają i nie łączą się w jeden kolor! Jestem pod ogromnym wrażeniem!


Tutaj możecie zobaczyć pigmentację w stosunku do matowego cienia z palety Rose Golden od Zoevy. Jeśli macie okazję polecam się nimi zainteresować!


Na koniec dwa produkty od marki którą darzę ogromną sympatią. Za każdym razem jestem zadowolona a niska cena powoduje,że radość jest podwójna. Mowa oczywiście o Golden Rose! Kończące się  trzecie opakowanie eyelinera, skłoniło mnie do zakupu kolejnego. Przy okazji wybrałam produkt który bardzo często przewijał mi się zarówno na blogach jak i kanałach yt.



Ponad rok temu będąc w Sephorze miałam okazję sprawdzić formułę kultowego rozświetlacza w sztyfcie marki Benefit, którego cena wynosi około 170zł. Nie muszę więc opisywać Wam mojego zadowolenia ponieważ za zbliżony, jak nie taki sam efekt zapłaciłam jedyne 19!



Wklepuję go za pomocą palca, na nieprzypudrowany podkład. (Jak widać paznokieć uszkodził jego ogólny wygląd!) Cenię go przede wszystkim za efekt i szybkość w aplikacji! Nie potrzebuję dodatkowego pędzla i mogę używać go prosto z opakowania!


Rozświetlenie jest na tyle widoczne,że zdarza mi się rezygnować z produktów prasowanych tego typu. Gdy mam ochotę na większy błysk, produkt idealnie sprawdza się jako baza i wzmacnia efekt! Golden Rose kolejny raz mnie nie zawiodło! Jeśli tak jak ja, przez długi czas rozpływałyście się nad produktem marki Benefit, koniecznie sprawdźcie tę opcję! W tym przypadku wysoka cena, wcale nie oznacza lepszej jakości! 

Koniecznie dajcie znać co zainteresowało Was najbardziej. Macie jakieś doświadczenie z tymi produktami i chcecie się nim podzielić? Z miłą chęcią się o nim dowiem!
Copyright © 2016
kargawr.pl
, Blogger