niedziela, 17 grudnia 2017

Piękne kubki, idealne na świąteczny podarunek!

Studia dzienne łączone z pracą, skutkują brakiem czasu na to co lubię bardzo robić. Do tego wszystkiego dochodzi brak dobrego światła popołudniami a z uwagi na fakt,że nie lubię robić zdjęć z użyciem sztucznego po prostu ich nie tworzę. Mam nadzieję, że po świętach uda mi się jakoś lepiej zorganizować i będzie mnie tutaj więcej i więcej. Dziś chciałabym pokazać Wam całą moją kolekcję kubków ze sklepu MyGiftDna, o które często pytacie mnie w prywatnych wiadomościach. Pozostało jeszcze trochę czasu, więc może wpis ten zainspiruje kogoś do zakupu w formie prezentu. Napisy są chwytliwe a wybór jest przeogromny! Zobaczcie sami!





Warto dodać, że są świetnym dodatkiem do zdjęć na Instagramie! Z pewnością użyję je ponownie!


Koniecznie dajcie znać, który podoba Wam się najbardziej! Uważam, że jest to świetny drobiazg i każdy z niego będzie korzystał! Ja jestem z nich bardzo zadowolona, są piękne!

środa, 29 listopada 2017

Zużyte - Bielenda, Marion, It's Skin, Inglot.

Często dostaję pytania na temat produktów godnych polecenia. Uważam, że posty w których opisuje się zużyte kosmetyki, najwięcej wnoszą jeśli chodzi o szczegółową recenzję. To właśnie po wyrzuceniu pustego opakowania do kosza, pojawia się pytanie o to czy dany produkt ponownie powinien pojawić się w kosmetyczce. Dziś pokażę Wam kilka gagatków i same ocenicie czy warto w przyszłości się na nie skusić. 


W przeszłości nie używałam zbyt wielu toników. Uważałam je za całkowicie zbędne. Sama nie wiem ale na przestrzeni lat, moje podejście bardzo się zmieniło i polubiłam wyszukiwać nowości, które wpłyną dobrze na moją cerę. Propozycję firmy Bielenda, pokazywałam Wam kiedyś w ulubieńcach co jest dowodem na to, że produkt u mnie się sprawdził. Polubiłam go za efekt odświeżenia i za to, że nie pozostawia na twarzy dziwnej lepkiej warstwy. Zauważyłam też, że dobrze wpływa na moje blizny po niedoskonałościach. (Policzki to chyba moje najbardziej problematyczne miejsca a po tym produkcie widzę znaczącą poprawę). Myślę, że to właśnie zawarte w nim kwasy w tym mi pomagają. Jestem naprawdę zadowolona! (W przyszłości zamierzam poszukać czegoś z lepszym składem i nie ukrywam, że zastanawiam się nad ofertą marki The Ordinary!)


Jeśli chodzi o chusteczki do demakijażu, nie jestem ich największą fanką. Mogę zrozumieć ich obecność podczas wyjazdów ale na co dzień preferuję inne możliwości demakijażu. Jakiś czas temu dostałam zapas przeróżnych chusteczek od firmy Marion i moją uwagę przykuła wersja odświeżająca, którą nosiłam ze sobą w torebce. Ten konkretny rodzaj nie jest dedykowany do usuwania makijażu, co bardzo mi odpowiadało. Dobrze jest mieć coś takiego na wypadek np. pobrudzenia rąk. Chusteczki są bardzo dobrze nasączone, zapach jest przyjemny i robią to co mają robić. Na koniec wielki plus za brak alkoholu w składzie!


Płynna pomadka którą widzicie na zdjęciu wyżej, rozpoczęła moją przygodę z tego rodzaju formułą. Doskonale pamiętam moment gdy wybrałam ją sobie w ramach urodzin. Mam do niej duży sentyment i do dziś wspominam jej piękny, owocowy zapach.


Kolor ten wpada oczywiście w moje ukochane brązy choć widzę w nim również lekko rude pigmenty. W połączeniu z ciemniejszą konturówką, można było uzyskać bardzo ciekawy efekt, idealnie wpisujący się w codzienny makijaż. Formuła jest bardzo płynna i można śmiało porównać ją do wody. Dopiero po chwili wyraźnie czuć jak zastyga. Jest wyczuwalna na ustach ale nie w sposób bardzo uciążliwy. Niestety przegrywa z pomadką firmy Jeffree Star, dlatego na ten moment do niej nie powrócę. Owszem, nosiłam ją bardzo często ale poznałam coś bardziej komfortowego i tego chcę trzymać się dalej.


Na koniec krem BB, wszystkim znanej dobrze firmy It's Skin. To co od razu nasuwa mi się na myśl, dotyczy jego koloru. Jest bardzo jasny i potrafi twarz mocno rozjaśnić dlatego najlepiej będzie wyglądał na bardzo bladych cerach. Po drugie najpiękniejszy efekt można uzyskać za pomocą gąbki. Za każdym razem gdy próbowałam rozetrzeć go palcami, czułam opór i nie podobało mi się to jak się rozkłada. (Może wynika to z faktu jego kremowej konsystencji). Jest bardzo wydajny i potrzeba go naprawdę niewiele. (Zbyt duża ilość powoduje to, że po godzinach potrafi zebrać się w liniach uśmiechu). Nie jest dla mnie produktem idealnym ale cenię go ładne dopasowanie się do mojego kolorytu, średnie krycie i to, że nie pogarsza stanu mojej cery. Do tego uroczo wygląda!

I to tyle jeśli chodzi o moje zużycia. Było tego więcej ale niestety nie udało mi się zachować opakowań. 
Chętnie poznam Wasze doświadczenia z tymi produktami!

niedziela, 26 listopada 2017

Marion linia DETOX. Węgiel aktywny w składzie kosmetyków.

W ostatnim czasie ogromną popularnością cieszą się kosmetyki posiadające węgiel aktywny w swoim składzie. W przeszłości miałam okazję poznać kilka takich produktów, dlatego wiedziałam, że kosmetyki firmy Marion będą z tego względu z wielką ochotą przeze mnie testowane. Moja mieszana cera lubi od czasu do czasu porządne oczyszczanie a węgiel w składzie produktów pielęgnacyjnych, potrafi o nią doskonale zadbać. Dobre działanie na pory skóry, zmatowienie i jej wygładzenie to tylko kilka z cudownych rezultatów.


Linia Detox którą na przestrzeni ostatnich tygodni mogłam poznać charakteryzuje się niską ceną, łatwą dostępnością, prostą a przy tym zadowalającą mnie wizualnie jakością opakowań. Jak jest z jej działaniem?


Żel micelarny z aktywnym węglem widziałam kilka razy wcześniej na innych blogach. Cieszyłam się więc,że wpadł i w moje ręce. W tym kosmetyku znajdziemy drobinki czarnego węgla, które u mnie oprócz oczyszczania, pełnią rolę peelingu. Nie jest on zbyt mocny i nie pozostawia buzi podrażnionej dlatego chętnie sięgam po niego codziennie wieczorem.


Podoba mi się w nim to, że jest bardzo wydajny i nie potrzeba dużej ilości aby zmyć pierwszą warstwę makijażu. Choć zawsze wspomagam się olejkiem bądź płynem micelarnym, muszę stwierdzić, że dość dobrze oczyszcza i radzi sobie z moimi powiekami. Jest dla mnie na tyle delikatny, że bez obaw używam go i w ten sposób. W moim odczuciu jest więc kosmetykiem wielofunkcyjnym. Warto dodać, że bardzo przyjemnie pachnie i z łatwością zmywa się z buzi.


Kolejnym produktem o którym chciałabym Wam opowiedzieć jest czarna maska typu peel-off. Z tego co zdążyłam zauważyć można kupić ją w formie saszetki bądź jako 25 gramową tubę. Podchodziłam do niej z nutką lekkiego dystansu. Swego czasu furorę robiła przecież słynna maska Pilaten o której słyszałam mieszane opinie.  


Powiedziałabym, że jest to coś ciekawego i wartego wypróbowania. Robiłam ją już wiele razy, głównie koncentrując się na nosie i jego okolicach. Już po około 20 minutach z łatwością mogłam ją oderwać. Bardzo sprawnie to poszło i nie miałam żadnych problemów. (Polecam jednak nakładać ją w mniejszej ilości, ponieważ zbyt dużo produktu spowoduje to, że będzie bardzo długo zasychać.) Skóra po jej użyciu jest bardzo gładka i podkład o wiele piękniej na niej wygląda. (Być może wiąże się to również z faktem dodatkowej "mini depilacji twarzy" ale wcale mi to nie przeszkadza). Podczas odrywania maski można dostrzec, że faktycznie pory oczyszcza ale nie nastawiałabym się na całkowite usunięcie problemu. Systematyczność powinna tutaj pomóc. Przy zmywaniu niewielkich fragmentów, które na twarzy pozostały wystarczył mi wacik i płyn micelarny. Naprawdę nie było tak źle i cieszę się, że moje obawy okazały się bezpodstawne. Czuję, że ta mała nowość pozostanie ze mną na dłużej i od czasu do czasu będzie pomagała mi "w walce" o lepszą cerę.


Jak łatwo się domyślić oba produkty zrobiły na mnie bardzo dobre pierwsze wrażenie. Do testów pozostały mi jeszcze plastry na nos i oczyszczająca maska. Postaram się o nich wspomnieć za jakiś czas. Nie wiem jak Wy ale cieszę się, że polskie firmy wciąż się rozwijają i pragną być coraz lepsze. Naprawdę nie spodziewałam się, że marka która kojarzyła mi się tylko i wyłącznie z kosmetykami do włosów, stworzy produkty do twarzy które sprawią, że demakijaż i oczyszczanie nie będą przykrym obowiązkiem. Fajnie, że jako kupujący mamy coraz większy wybór. Cieszę się, że poznałam alternatywę do żeli naturalnych, które moja skóra bardzo lubi. Wiem, że w sytuacjach awaryjnych mogę liczyć na coś skutecznego z drogerii.

środa, 22 listopada 2017

Powrót po przerwie. Ulubieńcy listopada 2017.
Resibo, Marion, Anastasia Beverly Hills, MAC.

Przerwy od czasu do czasu są potrzebne. Zarówno na moim Instagramie jak i blogu od trzech tygodni nie pojawiało się nic nowego. Chciałam przemyśleć kilka rzeczy i odpowiedzieć sobie na pytanie w jakim kierunku chciałabym rozwijać się dalej. Choć odpowiedź na to pytanie nie jest dla mnie do końca jasne i wciąż mocno wszystko analizuję - postanowiłam powrócić. Czuję, że kocham pisać i dzielić się z innymi tym co tak bardzo lubię. Nie chciałabym jednak aby to miejsce było tylko i wyłącznie stertą nudnych informacji. Chcę przy tym wszystkim ukazać cząstkę siebie i to chyba jest w tym wszystkim najtrudniejsze. Wiele osób wraz z początkiem roku ustala sobie pewne cele. Ja postanowiłam nie zwlekać i zamierzam działać od dziś. Nie ukrywam - chcę zmienić to miejsce na lepsze a przy tym mam nadzieję, że jako czytelnicy będziecie tworzyć ten blog wspólnie ze mną. To jak - jesteście gotowi poznać produkty które w tym miesiącu szczególnie sobie upodobałam? Zaczynamy!


Lubię jesień i klimat który ze sobą niesie. Ciepła herbata, gruby koc, drugi sezon serialu Belfer i mogę cieszyć się jej atmosferą. Szkoda tylko, że moje ciało nie reaguje na nią tak dobrze. Niestety grzejniki i pogoda za oknem, co roku negatywnie wpływa na moją skórę. (Po każdej kąpieli odczuwam potworną suchość). Choć posiłkowałam się różnymi masłami i balsamami to muszę stwierdzić, że ich działanie było chwilowe a w dodatku towarzyszyła im tłusta, oblepiająca warstwa, której za wszelką cenę staram się unikać. 


Na ratunek przyszedł odżywczy balsam firmy Resibo, którą znam i uwielbiam od dłuższego czasu. (Osoby które śledzą mnie jakiś czas, wiedzą, że mocno upodobałam sobie ich olejek do demakijażu!). To cudo cenię sobie przede wszystkim za działanie, które radzi sobie z tym o czym wspominałam Wam wyżej. Od kilku tygodni, codziennie po kąpieli smaruję nim całe ciało. Efekt jest wspaniały! Balsam szybko się wchłania więc mam pewność, że nie wytrę większości w koc. W dodatku pięknie pachnie i ma bardzo dobry skład. Nie potrafię słowami określić mojego zachwytu. Ten produkt koniecznie trzeba wypróbować!


Prócz dość problematycznej skóry ciała, szczególną uwagę poświęcam również mojej twarzy. Mieszana cera dość szybko potrafi mi się zanieczyścić więc nie mogę zapominać i o niej. Prócz regularnego nawilżania, lubię sięgać po kosmetyki które oczyszczą moją problematyczną strefę T. W podobnym okresie czasu odkryłam produkt firmy Marion, który natychmiastowo przypomniał mi o osławionej masce Pilaten.


Bardzo odpowiada mi forma tubki choć wiem, że można kupić ją również w formie saszetki. Po dokładnym demakijażu polubiłam stosować ją właśnie w moje najbardziej problematyczne miejsca. Choć wiem, że nie usunie problemów w 100%, mogę zagwarantować, że potrafi poradzić sobie z oczyszczaniem cery. Podczas odrywania jej z okolic nosa, można zaobserwować, że oczyszcza pory skóry. Jestem bardzo miło zaskoczona ponieważ nie wiązałam z nią większych nadziei. Teraz towarzyszy mi dwa razy w tygodniu. Chętnie kupię ją jak tylko mi się skończy, zwłaszcza, że firma Marion należy do przystępnej półki cenowej.


Przechodząc do kosmetyków kolorowych, chciałabym opowiedzieć Wam o dwóch produktach. Po pierwsze nie byłabym sobą gdybym nie wspomniała o wszystkim doskonale znanej palecie Modern Renaissance. Bardzo długi czas ubolewałam nad tym, że polskie sklepy online nakładają ogromną marżę na kosmetyki Anastasii Beverly Hills. (Z jednej strony to rozumiem lecz sytuacja ma się gorzej w przypadku gdy za cenę jednej takiej palety, normalnie mogę kupić dwie). 


Wybawieniem okazał się sklep Cultbeauty, który oferuje darmowe wysyłki do Polski. (Właśnie w ten sposób w czerwcu wpadł w moje ręce mój urodzinowy prezent!) Od tego czasu nie rozstaję się z tą paletą. Ma świetną pigmentację i przy tym utrzymuje się na moich powiekach cały dzień. Choć potrafi pylić się przy nabieraniu, nie sprawia większych trudności. Uważam, że nadaje się do delikatnych makijaży a także można wyczarować nią coś mocniejszego. Za każdym razem gdy ją otwieram, moja głowa jest pełna pomysłów! Ta paleta naprawdę inspiruje i jest teraz jedną z lepszych jakie posiadam. Wróżę nam kolejne, wspaniałe miesiące udanej współpracy! 


Uwielbiam podkreślać swoje usta kolorem. Jesień i zima to moja ulubiona pora! Po wielkiej miłości i zdenkowaniu matowej pomadki w płynie Celebrity Skin, powróciłam do pomadek w formie tradycyjnej. Moje serce znów zabiło mocniej do koloru Velvet Teddy. Chyba nikogo to już nie zdziwi?! To taki mój dzienny i delikatny kolor, który pasuje do większości makijaży.


Podarowała mi ją moja siostra. Jeśli chodzi o sam kolor, ciężko jest mi go opisać. Mam wrażenie, że dużo zależy od naturalnego koloru ust oraz tego co pod nią nakładamy. Ja łączę ją z konturówkami w odcieniach brązu więc efekt finalny jest łatwy do wyobrażenia. To za co ją cenię to także trwałość i ogromny komfort. Choć ma wykończenie matowe, przyjemnie nosi się na ustach. Łapię za nią teraz każdego dnia i chowam do torebki. To jeden z moich pewniaków, który uwielbiam mieć zawsze przy sobie. Jej budyniowy aromat to wspaniały dodatek! Nie dziwię się, że tak dużo osób je lubi!

I tym sposobem dotarliśmy do końca. Jak widać nie było tych produktów bardzo dużo. Mogę Wam zagwarantować, że bardzo ale to bardzo je lubię i cieszę się, że mam możliwość ich używania. Jestem ciekawa Waszego zdania - znacie coś co poleciłam?

poniedziałek, 30 października 2017

Krucha jak Mary Lou! Zapomniana piękność! Świadome kupowanie.

Nie wiem jak Wy ale od pewnego czasu czuję ogromny przesyt jeśli chodzi o makijażowe nowości. Mam wrażenie, że jako kupujący nie mamy czasu na to aby w pełni nacieszyć się danymi produktami, ponieważ co chwilę kolejni producenci podpuszczają nas i kuszą coraz to nowszą formułą. Całe szczęście należę do osób, które potrafią i chcą być na to odporne. Niemniej jednak odczuwam pomału niechęć i coraz częściej łapię się na tym, że przestaje ufać niektórym topowym vlogerom. 


Zauważam też, że spora liczba osób odczuwa ogromną presję i parcie na to aby mieć każdą pojawiającą się nowość. Nasuwa mi się od razu pytanie, czy aby na pewno o to w tym wszystkim chodzi? Walki o produkty, kupowanie limitek i ich droższa sprzedaż, kolejki do których trzeba się zapisać aby móc coś dorwać?! Zaczyna mnie to pomału przerażać. 


Tak wiem, każdy z Nas ma wybór. Mi chodzi jedynie o świadome robienie zakupów, które wiążą się z tym aby wybierać kosmetyki faktycznie będące przez nas używane. Chomikowanie nie jest dobrym zjawiskiem. Czasem warto o tym pomyśleć i przeanalizować swoje potrzeby. 


Pamiętacie wielką popularność rozświetlacza firmy The Balm? Ja swoją sztukę używam od dwóch lat a jej stan mówi sam za siebie. Uwielbiam do niej powracać i cenię ją przede wszystkim za kolor i trwałość. 


Choć nigdy mi nie upadła, nie prezentuje się najpiękniej. Dla wielu więc może być to odbierane jako wada o której warto wspomnieć. Dla mnie widok ten świadczy o tym, że bardzo chętnie używam tego kosmetyku. Pasuje do każdego mojego makijażu, można stopniować intensywność i cieszyć się efektem przez długie godziny.


Zastanawiacie się do czego zmierzam? Otóż chciałabym zwrócić Waszą uwagę na to co obecnie się dzieje. Tak jak Wy uwielbiam kosmetyki ale od czasu do czasu trzeba zadać sobie samej pytanie, czy warto tak mocno poświęcać swoją uwagę na walkę o limitowaną paletę cieni? Czy wszystko to co widzimy jest nam potrzebne do szczęścia? Czy w pełni wykorzystujemy to co do tej pory kupiłyśmy? To tylko kilka z pytań, które i ja sama stawiałam sobie przez jakiś czas. Nie wiem jak Wy ale ten nacisk, że muszę coś mieć bo inni już to mają, strasznie mnie denerwuje. Dlaczego to przywiązanie do danej rzeczy i fakt jej posiadania, ma charakteryzować wartość samego człowieka? Ogromnie jestem ciekawa Waszego podejścia i czy również zauważacie to na przeróżnych portalach społecznościowych. Czy tak jak ja dostrzegacie to błędne koło, na które tak dużo ludzi się nabiera? Czekam na Wasze wrażenia.

sobota, 28 października 2017

Piękne dodatki do domu - niekosmetyczni ulubieńcy!

Kilka miesięcy temu dzieliłam się z Wami moimi nowościami ze sklepu mygiftdna.pl, co spotkało się z bardzo pozytywnym odzewem. Dziś postanowiłam pokazać Wam kolejne trzy produkty, które od kilkunastu dni używam i cieszę się z ich posiadania. Są piękne i idealne na świąteczne prezenty ponieważ w dużej części każdy z nich można personalizować!


Od dawna poszukiwałam nowej poduszki, która będzie nieco większa od standardowego jaśka. Czyż mój wybór nie okazał się trafny? Pięknie wykonany, z dodatkiem humorystycznego napisu, który nie ukrywam trochę do mnie pasuje! Jestem bardzo zadowolona!







Na koniec dwa piękne kubeczki. Czuć, że są porządnie wykonane. Ciężkie, z równie uroczymi napisami. Uwielbiam pić w nich wieczorną herbatę! Są dość duże dlatego idealnie spisują się w jesienne wieczory. Mam już taki jeden i mogę poręczyć o jego świetnej jakości! (Właśnie dzięki temu wiedziałam, że w przyszłości będę chciała posiadać kolejne wersje!)

Bardzo mogę polecić Wam sklep z uwagi na szybką i bardzo dobrze zabezpieczoną przesyłkę. To naprawdę istotne i cieszę się, że firma zwraca na takie rzeczy uwagę. Same nowości będą przeze mnie używane przez najbliższe miesiące. Koniecznie dajcie mi znać co o nich sądzicie.

 Lubicie tego typu prezenty? Czujecie się skuszone?

czwartek, 26 października 2017

Marchewka na twarzy? Nowości firmy Marion!



Firma Marion od zawsze kojarzyła mi się tylko i wyłącznie z produktami do włosów. Kilka dni temu miło się zaskoczyłam, otrzymując do testów koszyczek ich dobroci. W oko od razu wpadły mi maseczki, o dość niespotykanych przeze mnie wcześniej składnikach. 


Same przyznacie, że dynia, szpinak czy marchewka z równie ciekawymi dodatkami brzmią dość intrygująco. Postanowiłam, że na pierwszy ogień wypróbuję marchewkę choć wybór był niezwykle ciężki! 


Nie wiem jak Wy ale ja o wiele bardziej lubię maseczki w takiej formie. Mam wrażenie, że lepiej działają na moją skórę. 


Wersja marchewkowa faktycznie posiada dość kremową konsystencję. Przyznam, że obawiałam się jej zapachu. Całe szczęście nie należy on do drażniących. Jest słodki ale przy tym nie przypomina mi marchewki. Moim zdaniem o wiele bardziej wyczuwam tu morelę, która w tym wydaniu bardzo przypadła mi do gustu


Choć kolor w opakowaniu wpada delikatnie w żółć/pomarańcz tak na twarzy nie jest on oddany tak jak sobie wyobrażałam (Ciekawa jestem jak będzie w przypadku pozostałych dwóch maseczek). Ja postanowiłam nałożyć ją tylko i wyłącznie na twarz choć rzeczywiście można pokusić się również o dekolt. Nie było przy tym żadnych problemów. Samo trzymanie jej na buzi nie sprawiło mi też dyskomfortu. Jej piękny zapach działał bardzo relaksująco


Jeśli miałabym ocenić jej nawilżające działanie to z miłą chęcią wystawiłabym jej 5. Jest jak treściwy krem, który po dłuższym trzymaniu na twarzy, pozwala zapomnieć o uczuciu przesuszenia. Uważam, że zwłaszcza zimą taki efekt może być pożądany dlatego warto sięgnąć po nią w drogerii. Z kolorytem skóry nie mam większych problemów dlatego nie mogę wypowiedzieć się na temat działania jej w tej kwestii gdyż po zmyciu twarz wyglądała tak jak przed jej nałożeniem. Z uwagi na nietypowe składniki, piękny zapach oraz konsystencję przez którą buzia jest przyjemnie miękka, z czystym sumieniem mogę polecić i Wam ją do sprawdzenia. Cieszę się, że miałam okazję ją poznać i nie mogę doczekać się dwóch kolejnych!

sobota, 21 października 2017

Nowa linia Glambrush po 6 miesiącach używania. T104, O101,O104, O105, O107.

Makijaż sprawia mi wiele radości. Czuję, że jest to coś co bardzo mnie inspiruje i cieszy. To ważne aby każdy z Nas znalazł coś czemu może się w jakiejś części poświęcić i oderwać od dnia codziennego.  Myśląc o makijażu, do głowy wpadają mi przeróżne myśli. Tuż obok pięknych i kuszących produktów, pojawiają się również pędzle. To o nich dziś chciałabym Wam właśnie opowiedzieć. Dobrze jest posiadać kilka sprawdzonych sztuk, które pomagają nam w doskonaleniu swoich umiejętności. Czy dzisiejsi bohaterowie są warci polecenia? Czas to sprawdzić!

 
Polską firmę Glamshop poznałam kilkanaście miesięcy temu. Pół roku temu postanowiłam dodać do koszyka pędzle z nowej kolekcji. Ich piękny wizualny wygląd przyciągnął mnie do nich od razu. Czy na przestrzeni tych wszystkich miesięcy, straciły na swojej jakości?!


Jedynym pędzel do twarzy który wybrałam został T104. Kupiłam go z myślą o konturowaniu. Szukałam produktu, który pozwoli mi ładnie rozblendować to co nakładam na policzki.
 
 
Niestety jego włosie jest dla mnie zbyt miękkie i zdecydowanie lepiej wykonuje mi się tą czynność starymi i sprawdzonymi Real Techniques. Nie oznacza to jednak, że przestałam go używać. Polubiłam nakładać nim pudry sypkie (Pod oczy używam gąbeczki blend it, reszta twarzy należy do niego). W tej roli spisuje się świetnie. Jedyne zastrzeżenie to jego brzydki zapach podczas mycia oraz fakt, że wciąż wylatują przy nim włoski. Staram się być delikatna choć nie zawsze udaje mi się nad tym zapanować. (Co do zapachu, wiem, że Hania o tym wspominała ale na tle wszystkiego co posiadam tutaj jest on najbardziej uciążliwy i drażniący. )
 
 
Przy pędzlach do oczu niczego takiego nie zaobserwowałam. Każdy jest w bardzo dobrym stanie. O104 idealnie nadaje się do precyzyjnego rozcierania załamania powieki. Bardzo lubię nim także nakładać cienie na całą powiekę ruchomą. Uważam, że to taki typ pędzla, który znajdzie zastosowanie u każdego pasjonata makijażu. Warto go mieć!


O107 również świetnie sprawdza mi się w tej roli. Kształtem dobrze dopasowuje się także do dolnej powieki. Lubię rozcierać nim cienie już przy prawie samym końcu makijażu oka, gdy chcę mieć pewność, że wszystko zostało nałożone tak jak sobie założyłam.


O105 świetnie się z nim uzupełnia a z uwagi na rozmiar wykorzystuję go także często do rozświetlania wewnętrznych kącików oka. Od czasu do czasu zdarza mi się również nakładać nim pigmenty. Nigdy mnie nie zawiódł. 


Ostatni O101 to pędzel do nakładania cieni na powiekę ruchomą. Mały, precyzyjny, przy dłuższych paznokciach doskonale radzi sobie z pomalowaniem wewnętrznej strony ruchomej powieki. Bardzo przydatny i równie często używany jak poprzednie.



Jeśli chodzi o jakość wykonania, nie uległa ona w najmniejszym stopniu zniszczeniu. Pędzle wyglądają tak samo jak w dniu rozpakowania paczki.
 

 
Ogromnie cieszy mnie fakt, że są one w bardzo dobrej cenie, równocześnie wyglądając i sprawując się tak dobrze. Uważam, że wiele firm powinno brać przykład z tego jak to wszystko wygląda. Zadowolony klient zawsze powróci. Rozczarowany, zwłaszcza przy wysokiej cenie będzie markę omijał z daleka. Ja z całego serca ręczę za te konkretne modele. Jeśli planujecie kupić sobie coś nowego, odsyłam Was do sklepu w którym je dorwałam. Jestem bardzo zadowolona i nie ukrywam, że w przyszłości być może dorzucę do koszyka coś jeszcze!
Szablon stworzony z przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.