poniedziałek, 16 stycznia 2017

Mieszanka kremu i serum na noc! Pure Collagen cream Noble Medica oraz serum do cery naczyniowej Sofie.

Mieszanka kremu i serum na noc! Pure Collagen cream Noble Medica oraz serum do cery naczyniowej Sofie.
W ostatnim wpisie wspominałam Wam o mojej przerwie względem kupowania nowych kosmetyków. Czas ten chciałabym poświęcić na spokojne testowanie nowości które kupiłam, otrzymałam na przestrzeni ostatnich tygodni. Dziś opowiem Wam o moich wrażeniach na temat kremu oraz serum które od grudnia nakładam na noc. Pielęgnacja wieczorna a w tym dogłębne nawilżanie jest dla mnie istotne dlatego staram się wciąż szukać swoich ideałów. Czy tym razem się udało?


Jeśli poprosiłabym o rękę w górę wszystkie osoby znające markę Noble Medica i krem Pure Collagen obawiam się,że nie ujrzałabym ich zbyt wiele. Jeśli chodzi o tego typu produkty lubię stawiać na pewniaki, które nie pogorszą stanu mojej cery. Owszem miałam początkowo pewne obawy lecz ciekawość i chęć wypróbowania wzięła górę.


Z głównych założeń producenta można powiedzieć o bogatej formule kremu opartej na bazie naturalnych składników poprawiających: elastyczność skóry czy zmarszczki. Krem ma nadać także gładkości oraz zapewnić ochronę przed przesuszeniem.



Powiem krótko: polubiliśmy się od pierwszego użycia. Zaczynając od cięższego opakowania które może kojarzyć się z droższym produktem, ładnym, kobiecym zapachem, na działaniu kończąc. Nasuwa się tylko pytanie czy regularna cena 55zł jest adekwatna do jakości jaką oferują mi kremy marki Evree które mogę na promocji kupić w cenie 15zł? Według mnie śmiało mogę takiej zamiany dokonać i zbyt dużo nie stracę. Krem Noble Medica jest dobry i nie mam mu nic do zarzucenia lecz jego formuła według mnie jest mniej nawilżająca i szybciej się wchłania, co zwłaszcza wieczorem trochę go dyskwalifikuje. Jestem typem kobiety która oczekuje porządnej dawki nawilżenia na noc. Moja cera zimą łatwo ulega przesuszeniu i wszystko co na nią przed snem nałożę jest wypijane w tempie ekspresowym. Jesteście ciekawe jak poradziłam sobie z tym problemem?


Otóż codziennie wieczorem do kremu dodaję dwie pompki odżywczego serum do cery naczyniowej z Sofie. Zauważyłam,że odkąd stosuję taką mieszankę buzia jest nawilżona w stopniu który mnie satysfakcjonuje. Co prawda nie jest to poczucie działania olejku z Kiehl's lecz narzekać nie mogę.


Pompka działa bez zarzutu i rozprowadza odpowiednią ilość produktu. Stylistyka opakowania także wywarła na mnie świetnie wrażenie. Lubię prostotę opakowań. Ładnie prezentuje się na półeczce z pielęgnacją.


Kosmetyk bardzo szybko spływa z dłoni dlatego proponuję prędkie nakładanie. Największą zaletą jest dla mnie witamina C w składzie którą od dawna chciałam do swojej pielęgnacji dołączyć. Czytając o wyciągu z kasztanowca pojawiła się w mojej głowie nutka niepewności. Cieszę się,że całkiem bezpodstawnie. Prócz dość roślinnego zapachu w niczym mi nie przeszkadza aczkolwiek musiało minąć kilka dni abym się do niego przyzwyczaiła. Nie określiłabym go drażniącym (słowo specyficzny lepiej to oddaje). Serum podobnie jak krem lepiej działa w duecie. Solo odczuwam wyraźny brak czegoś jeszcze. Nie potrafię i nie chcę chodzić spać wyłącznie przy jego działaniu. 


W kolejce posiadam także krem do twarzy z tej serii. Z pewnością dam Wam znać czy w tym przypadku działanie serum przy jego użyciu zyskało na jeszcze większej efektywności!



Z obu produktów jestem zadowolona i nie zaszkodziły mojej cerze. Najważniejszym wnioskiem okazał się być dla mnie fakt ich wzajemnego dopełniania się. Osobno nie robią na mnie aż tak dużego wrażenia i zdecydowanie lepiej sprawują się w dwójkę. Kto by przypuszczał?! Cieszę się z okazji ich wypróbowania i uważam,że mogą znaleźć swoich zwolenników. Mnie nie zawiodły choć poczucie pustki po skończonej niebieskiej buteleczce Kiehl's wciąż daje o sobie znaki.

niedziela, 8 stycznia 2017

Noworoczne postanowienie, mintishop haul, nowy wygląd bloga!

Noworoczne postanowienie, mintishop haul, nowy wygląd bloga!
Od dawna chciałam odświeżyć szablon bloga. Choć wciąż chce pewne rzeczy pozmieniać, wydaje mi się,że teraz wszystko wygląda bardziej spójnie i przejrzyście. Nowy rok okazał się być dla mnie tą motywacją z czego bardzo się cieszę. Postanowiłam również zrezygnować z zakupu nowej kolorówki i odłożyć przez kilka miesięcy pieniądze, jakie na nią bym przeznaczyła. Chciałabym powrócić do wszystkich, częściowo zapomnianych kosmetyków i na nowo w ich efekcie się zakochać. 

Wiem,że dzisiejszy tytuł wydaje się być w tym przypadku dość sprzeczny lecz zapewniam,że wszystkie pokazane produkty są efektem zdenkowania swoich poprzedników. 


Przez najbliższe kilkanaście tygodni mój makijaż w dużej mierze będzie uzależniony od tych właśnie produktów. Kończący się puder mineralny MAC, podkład Lancome Teint Miracle zaowocował zakupem kosmetyków Astor oraz It's Skin. O ile nowy puder jest mi kompletnie nieznany, krem BB już niekoniecznie.


Jeśli dobrze pamiętacie używałam go na przełomie wiosny/lata i byłam z jego działania zadowolona. Nie ukrywam,że sporo niższa cena (39zł) i odcień dopasowujący się do mojego kolorytu skóry skutecznie mnie do niego znów zachęcił. Uważam go za świetny dzienny produkt, w sam raz na uczelnię czy do pracy. Jest lekki a przy tym krycie określiłabym jako średnie. Najbardziej polubiłam nakładać go beauty blenderem. Warto dodać,że dobrze dogaduje się z rozświetlaczem czy produktem do konturowania. Jeśli macie większe niedoskonałości polecam przykryć je dobrze kryjącym korektorem. W moim przypadku gdy coś takiego ma miejsce wygląda to całkiem przyzwoicie. (Zresztą planuję pokazać Wam kilka makijaży z jego użyciem i tam będziecie mogły ocenić jego końcowy efekt!)


Jakiś czas temu zdecydowałam się również na zmianę tuszu do rzęs. W tej kwestii polubiłam się ostatnio z marką Max Factor dlatego tym razem dołączył do mnie produkt kultowy, mianowicie 200 Calorie. Nigdy go nie miałam a słyszałam sporo dobrego. Cena 19,90 w stosunku do 30 za Loreal So Couture również wydała mi się całkiem korzystna, o kupie w drogerii stacjonarnej nie wspominając. Do koszyka dorzuciłam także kolejne opakowanie czarnego eyelinera w kałamarzu z Golden Rose, które towarzyszy mi nieprzerwanie ponad rok czasu. 

Pędzelek Maestro 790 r 1 to ostatnia rzecz która mam nadzieję spisze się przy wykonywaniu kreski eyelinerem żelowym od Colourpop o którym niedawno Wam wspominałam. Cena 12zł jest dla mnie jak najbardziej atrakcyjną. Z pewnością podzielę się z Wami wrażeniami po jego użyciu!


Same zakupy jak widać ograniczyły się do kosmetyków które na dniach mi się skończyły i naprawdę ich potrzebowałam. O nowościach planuję po czasie napisać i porównać do produktów które używałam wcześniej. 

Obowiązkowo napiszcie mi o swoich wrażeniach, jeśli coś przewinęło się przez Wasze ręce. Jestem również ciekawa co sądzicie o odmienionym wyglądzie bloga. Przepraszam,że kolejny raz tło zdjęć wygląda podobnie - nad tym również postanowiłam w tym roku popracować. Mam kilka pomysłów!

piątek, 6 stycznia 2017

Jak sprawdzają się nowości pielęgnacyjne? Iva Natura czarna maska oraz KEJ hydrolat z oczaru wirginijskiego.

Jak sprawdzają się nowości pielęgnacyjne? Iva Natura czarna maska oraz KEJ hydrolat z oczaru wirginijskiego.
Jak każda kobieta lubuję się w kosmetykach do pielęgnacji. Szczególną uwagę poświęcam produktom do twarzy. Powód jest dość prosty - w tym miejscu najszybciej można dostrzec upływający czas, który na niezadbanej cerze ciężko będzie zakryć nawet najdroższym kosmetykiem kolorowym świata. 

Oczyszczanie to jeden z elementów za którym przepadam. Nie ma nic lepszego niż porządny peeling czy oczyszczająca maseczka która wygładzi powierzchnię skóry, ściągnie z niej martwy naskórek i sprawi,że ukochany podkład będzie wyglądał na niej wręcz jak druga, upiększająca skóra.


Czarna maska firmy Iva Natura jest ze mną od końca listopada. Od tego czasu intensywnie korzystam z jej zawartości. Jak zapewnia producent kosmetyki powstają na bazie esencji ziołowych i olejków roślin uprawianych w naturalnych ekosystemach Anatolii. Nie ukrywam,że brzmi to dość ciekawie a świadomość,że produkt ma działanie dogłębnie oczyszczające oraz wybielające skłania do dość częstego korzystania.


Skład: Aqua, Myrtus communis*, Cetearyl Alcohol**, Olea europaea Fruit Oil*, Caprylic/Capric Triglyceride**, Citric Acid**, Glyceryl Stearate, Stearic Acid, Sodium Lauroyl Glutamate**, Potassium Hydroxide**, Rosa damascena (Rose) Flower Distillate*, Thymus vulgaris*, Ironoxide (CI 77499), Benzyl Alcohol (And) Dehydroacetic Acid**, Sodium Benzoate**, Arbutus Unedo Fruit Extract (AP), Aesculus hippocastanum Extract (AP), Galium aparine (Cleavers) Extract (AP), Licorice Extract (AP), Propanediol (1) (And) Lecithin (2) **, Fragrance

*Organic Certificated     **Approved For Organic Cosmetic     AP: Anatolian Plant

Jak widać zużycie jest dość niewielkie. Maska przy nakładaniu przypomina mi treściwy krem, którego jak łatwo się domyślić zbyt dużo nakładać nie trzeba. Dla mnie to plus - lubię gdy kosmetyki są wydajne! Czarny kolor przypomniał mi o słynnej Pilaten Mask, która jakiś czas temu robiła szał na blogach oraz kanałach youtube. W tym przypadku nałożona formuła nie zasycha tak mocno i zmywa się ją za pomocą wody. Robiłam ją 2 razy w tygodniu i trzymałam nawet do 30 minut!


Nadmienię,że z zawartości korzystałam ja, koleżanka, kolega oraz moja mama. (Każdy z nas o całkiem innej cerze i problemach.) Wspólnie zaobserwowaliśmy wyraźne wygładzenie zaraz po zmyciu. Cera jest przyjemna w dotyku, ukojona. Mimo oczyszczających właściwości w moim odczuciu jest dość łagodna. Powiedziałabym nawet,że dodatkowo nawilża. Zapach nie jest szczególnie drażniący choć idzie wyczuć wyraźne ziołowe aromaty. Na skórze po czasie są kompletnie niewyczuwalne. Największy minus? Uciążliwe zmywanie które brudzi wszystko wokół. Polecam nakładać ją przed myciem całego ciała i zmywać dopiero w trakcie kąpieli. 

Samego działania silnie wybielającego nie zauważyłam. Jestem z natury dość bladą osobą i nie mam większych problemów skórnych. Sądzę też,że dlatego efekt na mojej skórze zbyt widoczny nie jest. Tak jak już wspominałam - na dzień dzisiejszy traktuję ją jako produkt wspomagający w walce o doczyszczenie porów skóry. Cera źle na jej działanie nie reaguje i czuję,że się z jej składnikami polubiła. Choć znam silniej działające i bardziej wysuszające produkty - uważam,że miło było znaleźć coś delikatniejszego.


Hydrolat z oczaru wirginijskiego firmy KEJ również zaczęłam stosować w podobnym okresie czasu, z tą różnicą,że używałam go (i wciąż to robię) na zmianę z tonikiem marki Evree. 


Ta kwiatowa woda z powodzeniem zastąpiła mi tonik, choć producent oferuje również jej inne zastosowanie. W moim przypadku prócz twarzy, w większej ilości rozpylam ją również na szyję i dekolt.


Zapach to oczywiście kwestia preferencji. Mi nie przeszkadza ale zdaję sobie sprawę,że jestem przyzwyczajona do wielu naturalnych produktów, które nie zawsze były przez wszystkich lubiane. Nie jest intensywny i po paru sekundach się ulatnia. 


Polubiłam w nim to,że kropelki którymi otula twarz podczas aplikacji są bardzo małe, jest ich dużo i rozkładają się równomiernie. Przyrównując go do produktu Evree - twarz jest mniej mokra i mniejsza część podrażnia moje powieki. Powiedziałabym nawet,że dzięki temu sięgam po niego częściej! Produkt bardzo miło mnie zaskoczył, jest dość wydajny i z powodzeniem wciąż będzie przeze mnie używany. Nawet gdy zdarzy mi się nałożyć krem po dłuższej chwili, nie doskwiera mi nieprzyjemne poczucie ściągnięcia a to dla mnie dość ważne! Podobnie jak czarna maseczka koi moją skórę i przygotowuje ją do dalszej pielęgnacji.

Koniecznie dajcie znać czy produkty są Wam znane? 
Ja gdyby nie spotkanie blogerskie, wciąż nie wiedziałabym o ich istnieniu. 
Cieszę się,że dołączyły do moich pielęgnacyjnych hitów!

środa, 4 stycznia 2017

Świąteczne prezenty - część 2 - Glamshop! GlamBrush PRO 1 ..

Świąteczne prezenty - część 2 - Glamshop! GlamBrush PRO 1 ..
Od dłuższego czasu śledzę przeróżne urodowe kanały youtube. W większości przypadków moich zakupów stawiam na recenzję osób które darzę ogromną sympatią i wierzę w ich szczerość. Mimo,że do Hanii początkowo podchodziłam z dystansem, po czasie zaczęło się to zmieniać. Masa wprowadzonych nowości, przystępne ceny w jej sklepie spowodowały,że nie mogłam przejść obok niego obojętnie! Moje drugie świąteczne zakupy, zaraz po zamówieniu produktów Colourpop, jak zdążyliście zauważyć pochodzą ze sklepu Glamshop!


Nie ukrywam,że najbardziej zależało mi na nowych pędzlach które będę mogła wykorzystywać przez najbliższe lata. Na brak kolorówki czy pielęgnacji w tym momencie narzekać nie mogę dlatego postanowiłam uzupełnić braki i zaopatrzyć się w nowe modele.



GlamBrush PRO 1 zainteresował mnie ze względu na zapewnienia najwyższej dotąd jakości w sklepie jeśli chodzi o wykonanie i włosie. Poszukiwałam nowego pędzla do rozcierania cieni i byłam też bardzo ciekawa jak wypadnie w porównaniu do MBrush 06 czy Zoevy 227 które bardzo lubię.



Z pierwszych wrażeń mogę powiedzieć,że pędzel wizualnie bardzo mi się spodobał. Na żywo robi o wiele większe wrażenie. Faktycznie włosie jest bardzo przyjemne. Gdy tylko go otrzymałam, pobiegłam do pokoju po MBrush 06. Pędzel Maxineczki jest większy. Uważam więc,że kobiety o mniejszych powiekach będą z glam brush'a 01 bardziej zadowolone. Lepsza precyzja, niższa cena, dodatkowa osłonka to kilka korzyści. Jestem ciekawa który z nich po dłuższym czasie sprawdzi się w moim przypadku. MBrush mam ponad rok - prócz zdartego logo nic złego się z nim nie stało. Za jakiś czas zobaczymy co do zaoferowania ma nowe dziecko Hanii!



T20 kupiłam z myślą o nakładaniu rozświetlacza. Widziałam podobny kształt z Zoevy, który przez długi czas polecała Katosu. Jestem bardzo ciekawa jak się spisze i w jakim stanie wygląd włosia będzie prezentował się po kilku praniach! Użyłam go już raz - Mary Lou Manizer poprzez jego większy nacisk prezentowała się na szczytach kości policzkowych jeszcze intensywniej!



06 przypomina mi jeden pędzel z Hakuro, którym uwielbiam rozświetlać wewnętrzny kącik bądź podkreślać dolną linię oka. Tutaj również postaram się porównać jakość i po czasie zdecyduję który jest lepszy!



08 również dedykowany jest powiekom choć z powodzeniem można używać go również przy rozprowadzaniu korektora! Podoba mi się jego wielofunkcyjność dlatego z pewnością znajdzie u mnie zastosowanie!



Tak prezentuje się cała czwórka. Jeśli zainteresowały Was modele z białą rączką radziłabym się śpieszyć ponieważ są wycofywane ze sklepu.


Nie byłabym sobą gdybym nie dorzuciła do koszyka cieni. Wciąż jest o nich dość głośno a przez to,że mam jeszcze kilka wolnych miejsc w magnetycznej palecie Inglota postawiłam na cztery kolory, których od dawna mi tam brakowało!



Nie chciałam powielać kolorów a przy tym zależało mi na tym aby dopasować je do pozostałych wkładów należących w dużej mierze do Makeup Geek. Dokładnie wczoraj stworzyłam nimi makijaż i jestem miło zaskoczona! Dłuższą opinię oraz efekt na oczach pokażę za jakiś czas - w kolejce czekają nowości z Golden Rose oraz Colourpop!

Koniecznie podzielcie się własnymi doświadczeniami jeśli chodzi o produkty z tego sklepu. 
Czy tak samo jak ja mieliście/macie coś na oku?

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Ulubieńcy kosmetyczni roku 2016!

Ulubieńcy kosmetyczni roku 2016!
Rok 2016 zapamiętam pod względem wielu wspaniałych nowości kosmetycznych. Nie zabrakło w nim również moich pewniaków które jak zauważycie nie zostały wyparte pomimo tak wielu dni, przez inne marki. Bez zbędnego pisania - zapraszam Was na wirtualną podróż po moich ukochanych produktach!


Cienie które najczęściej gościły na moich oczach bez wątpienia należą do firmy Makeup Geek. Od dawna chciałam skomponować własną, dzienną paletkę i na przełomie maja/czerwca udało mi się to zrealizować! Mocny pigment, przyjemne rozcieranie, trwałość i dużo lepsza cena w stosunku do np. cieni MAC to ogromne atuty!


Szczerze najbardziej kusiły mnie cienie foliowe. Na dzień dzisiejszy maty stawiam na równi - w przyszłości zakupię ich bez wątpienia jeszcze więcej! 


Ulubionym matowym, beżowym cieniem który towarzyszył mi codziennie w celu zmatowieniu łuku brwiowego oraz ruchomej powieki został cień 505 od firmy My Secret. Kosztował mnie 4zł na promocji w Naturze i świetnie spisywał się w swojej roli - wielkie zaskoczenie!


Drugie opakowanie cienia foliowego Rose Gold od Makeup Revolution to kolejny produkt, który moje powieki pokochały! Potrafi odmienić każdy makijaż! Owszem trzeba nauczyć się z niego korzystać ale zapewniam,że da się osiągnąć zadowalający efekt! Mój must have! 



Czarny eyeliner w kałamarzu oraz dwie konturówki do ust 501, 502 Golden Rose to kosmetyki do których powracam na okrągło. Eyeliner to moje piąte opakowanie i za każdym razem gdy prezentuję go na oku dostaję masę komplementów! Konturówki idealnie wpisują się w kolorystykę moich płynnych pomadek oraz szminek! Tanie a jak bardzo przyjemne w nakładaniu! Do tego świetna trwałość - nie potrzebuję nic więcej!



Na wielką pochwałę zasługuje również matowe wykończenie szminek MAC! Velvet Teddy to kolor który od czerwca występował na moich ustach najczęściej! Idealny dzienny kolor! Do każdego makijażu bez względu na jego intensywność wpisywał się wspaniale! Świetna formuła, która sunie po ustach jak masełko! Piękny, budyniowy zapach i opakowanie w kształcie naboju! Jestem zakochana!


Najlepszą płynną matową pomadką zostaje Inglot HD w kolorze 17! Zapachem podobna do gum Hubba Bubba! Nie wysuszyła moich ust a równocześnie jest dość trwała! Odcień - podobnie jak Velvet Teddy należy do tych bardziej dziennych! 




Najczęściej używanym rozświetlaczem oraz produktem do konturowania zostały produkty kultowe. Mary Lou oraz Bahama Mama od The Balm ponownie rozkochały mnie w sobie! Sięgam po nie bez zastanowienia i zabieram na każdy dłuższy wyjazd! Ulubionym różem zostaje natomiast Luminoso od Milani. Wyparł Warm Soul od MAC - odcień cudownie ożywia każdy mój makijaż i dodatkowo jest przepięknie opakowany! Na plus dość przyjazna cena!



Przechodząc do produktów pielęgnacyjnych wybrałam jedynie dwa. Przez moje ręce przewijało się dużo świetnych kosmetyków lecz tylko garstka zadowoliła mnie na tyle,że mogłabym kupić je ponownie. Pierwszym z nich jest krem nawilżający z Evree! Wersję +20 zużyłam już trzykrotnie! Formuła w połączeniu z olejkiem na noc zapewniała mi ogromną dawkę nawilżenia! Równocześnie sprawdzała się rankiem i makijaż bez względu na porę roku czy nakładane na twarz kosmetyki wyglądał bardzo dobrze!


Drugim ulubieńcem a przy tym odkryciem roku 2016 został olejek Midnight Recovery od Kiehl's! Zużyłam go miesiąc temu i od tego czasu najzwyczajniej w świecie za nim tęsknie! Nawilżał, odprężał, napinał skórę a przy tym koił i uspokajał niedoskonałości, które od czasu do czasu występowały na mojej cerze. Z reguły podchodzę z dystansem co do produktów kultowych - tutaj w pełni rozumiem, podzielam zachwyt! Gdy tylko zużyję pielęgnacyjne produkty, zakupię go ponownie! Cena jest wysoka lecz kilkumiesięczna wydajność i działanie rekompensuje wszystko! Zabrzmi to dość zabawnie lecz uzależniłam się od niego! Jego brak tylko mnie w tym przekonaniu utwierdził!


I to tyle jeśli chodzi o ulubione produkty roku 2016. Było ich znacznie więcej lecz starałam się wybrać kosmetyki, które w pierwszej kolejności odkupiłabym w przypadku stracenia wszystkich jakie posiadam. W kwestii planów na rok 2017 większe zakupy planuję poczynić w okolicach Wielkanocy. W ostatnich dniach przybyło mi sporo nowości, którymi w najbliższym czasie chciałabym się z Wami podzielić! Do usłyszenia! <3
Copyright © 2016
kargawr.pl
, Blogger