czwartek, 23 lutego 2017

Czy pędzle Glam-Brush są warte zakupu? Pro 1, T20, O8,O6.

Czy pędzle Glam-Brush są warte zakupu?  Pro 1, T20, O8,O6.
Pędzle to narzędzia bez których nie wyobrażam sobie makijażu. Owszem przez lata umiałam obyć się bez ich większej ilości lecz na dzień dzisiejszy znacznie się to zmieniło. Przyspieszają pracę, ułatwiają w uzyskaniu pożądanego efektu a przy tym upiększają kobiece toaletki. Która z Nas ich nie kocha i nie pragnie więcej? Osobiście co jakiś czas lubię próbować nowe marki i wynajdywać pewne perełki. Czy tym razem mi się udało?


Polska marka, przystępne ceny
Pędzle Glam-Brush przez bardzo długi czas należały do produktów które podziwiałam z daleka. Jak widać nie należały do tych z kategorii wymarzonych. Odpowiadały mi wizualnie lecz nie odczuwałam potrzeby ich posiadania. Wszystko zmieniło się wraz z wprowadzeniem nowego modelu PRO oraz kolekcji cieni. 




O ile cienie wciąż intensywnie używam na przeróżne sposoby i nie chciałabym jeszcze wyrażać na ich temat własnego zdania, tak o pędzlach mogę poopowiadać Wam szerzej. Od stycznia towarzyszyły mi niemal w każdym makijażu i nasunęło mi się kilka wniosków.


Glam-brush O6
Z całej czwórki zamówionych pędzli najmniej polubiłam się właśnie z O6. Być może wynika to z faktu posiadania bardzo podobnego pędzelka z Hakuro, który w moim odczuciu jest przyjemniejszy dla oka i łatwiej jest mi nim rozetrzeć dolną linię. Nie oznacza to jednak,że pędzel Glam-Brush jest nieodpowiedni i wyrzucę go przy najbliższej możliwej okazji. Polubiłam nim rozświetlać wewnętrzny kącik. Dobrze nabiera także pigmenty czy cienie foliowe.


Ciężko określić go złym bo swoje zadanie spełnia a efekt finalny mnie satysfakcjonuje lecz zbicie jego włosia i to jak za każdym razem odczuwam go na powiece, nie równa się z pędzlem Hakuro o dość podobnej cenie. Za każdym razem gdy oba są świeżo po umyciu sięgam po pędzel firmy konkurencyjnej a to chyba o czymś świadczy. Zdaję sobie sprawę,że to jedynie drobiazg ale komfort użytkowania jest dla mnie równie ważny.


Glam-Brush O8
Kolejny pędzel możecie kojarzyć u mnie z ulubieńców ostatniego miesiąca. Swoją drogą jeszcze trochę i pojawią się kolejni - jak ten czas szybko leci! Co do kolejnego bohatera postu muszę powiedzieć,że początkowo przeraziła mnie jego wielkość. Spodziewałam się czegoś o wiele mniejszego, co nie oznacza,że teraz jestem niezadowolona! Cieszę się,że dodałam go do koszyka ponieważ korzystanie z niego okazało się sporym ułatwieniem i wielką przyjemnością!


Wspominałam Wam już,że jego rozmiar pozwala mi na szybkie aplikowanie matowego, beżowego cienia z My Secret na całą powiekę ruchomą, wewnętrzny kącik oraz pod łuk brwiowy. Wcześniej mniejszymi pędzelkami musiałam dobierać produktu częściej i więcej. Teraz znacznie wszystko się przyspieszyło a co najważniejsze nie odczuwam żadnego dyskomfortu. Gdy tylko wyjdzie jego ulepszona wersja, domówię bez większego zastanowienia!


Glam-Brush T20
Poszukiwania nowego pędzla do rozświetlacza rozpoczęłam parę miesięcy temu podczas oglądania filmów Katosu oraz Fokusowanej. Obie używały podobnego kształtu lecz całkiem odmiennych firm. Owszem zastanawiałam się nad marką Zoeva lecz trzeba przyznać,że kupując pędzle na sztuki zapłaciłabym sporo drożej niż w przypadku marki Glam-Brush. Ja jak to ja, postanowiłam zaryzykować i dodałam T-20 do koszyka!


Wcześniej przez długi czas używałam dość popularnego pędzelka marki Real Techniques - Setting Brush. Wciąż go lubię lecz kształt i włosie nowości z Glam-Brush pozwoliło mi na budowanie stopnia intensywności rozświetlacza i jego ładniejsze rozprowadzenie. Końcówką pędzla mogę kłaść większy nacisk, dlatego też przykładowo Mary Lou czy Soft and Gentle wyglądają na jeszcze mocniejsze. Kompletnie nie przeszkadza mi to w codziennym makijażu i z powodzeniem jest to przeze mnie wykorzystywane. Bardzo miło się zaskoczyłam i nie spodziewałam,że w tak szybki sposób wyprę pędzel który towarzyszył mi od prawie dwóch lat.




Glam-Brush Pro 1, nowa lepsza jakość?!
Na koniec pędzel którego byłam ciekawa najbardziej ( mam nadzieję,że Wy również!) . O ile do rozświetlacza, pudru czy różu mogę używać tylko jednego narzędzia, tak do rozcierania oraz nakładania cieni lubię mieć świetnej jakości, małą armię. Naprawdę ucieszyłam się na wieść o tym,że do sklepu wprowadzana jest nowa kolekcja i nie mogłam doczekać się jej zakupienia. (zwłaszcza,że cena 45zł wydała się być o wiele bardziej atrakcyjna niż kolejny pędzelek MBrush!)


Sam wygląd zewnętrzny na filmach czy dostępnych zdjęciach w internecie nie zrobił na mnie wrażenia. Od samego początku bardziej interesowała mnie jakość dzięki której makijaż będzie wykonywany z jeszcze większą przyjemnością. Powiem Wam,że kolejny raz, tuż po otwarciu paczki się zaskoczyłam. Pędzel prezentuje się w dłoni przepięknie i śmiało mogę stwierdzić,że konkuruje chociażby z Zoevą w wersji Rose Gold. Wszystko cudownie dopracowane!


Co do samego makijażu przy jego użyciu nie mam zastrzeżeń. Miałam cichą nadzieję,że włosie będzie tak miłe jak w przypadku pędzli Maxineczki choć tego powiedzieć nie mogę. Czuć na powiekach różnicę, co nie oznacza,że wersja Glam-Brush drapie! Jest równie miła i nie mogę narzekać lecz dla mnie nie jest to ta sama półka jeśli chodzi o jakość włosia. (Więcej porównywać nie będę ponieważ zamierzam w przyszłości zrobić o tym oddzielny post!) Glam-brush Pro 1 polubiłam zdecydowanie za możliwość szybkiego nakładania i rozcierania tego samego cienia równocześnie. Ułatwia to robienie makijażu a efekt ładnego roztarcia jest widoczny od razu. W tej cenie nie mam się do czego przyczepić i z wielką radością mogę polecić. Nie wykluczam,że podczas kolejnych zakupów nie dorzucę następnej sztuki!


Jakość włosia po wielu myciach, 
podsumowanie wrażeń
Jak nie trudno się domyślić pędzle pomimo drobnych wad nie rozczarowały mnie. Niską cenę białych modeli jakoś mogłabym przełknąć, dużo gorzej byłoby w przypadku wersji najnowszej. Tak jak pisałam wyżej, w miarę możliwości dodam o niej bardziej obszerny wpis ponieważ wiem,że dużo z Was rozważa zakup. Na koniec chciałabym dodać kilka słów na temat stanu włosia po wielu myciach. Od stycznia sporo razy traktowałam je szarym mydłem i bez problemu wszystko się domywało. Przy pierwszym praniu zaobserwowałam jedynie kilka wypadających włosków z O6. Na tę chwilę (odpukać) wszystko jest dobrze, zobaczymy co będzie dalej!

sobota, 18 lutego 2017

Pierwsze wrażenia cieni Colourpop!
Paleta Where The Light Is oraz Weenie!

Pierwsze wrażenia cieni Colourpop! <br>Paleta Where The Light Is oraz Weenie!
Cześć dziewczyny, jak tam Wasze noworoczne postanowienia? Ja od stycznia nie kupuję nowej kolorówki i przyznaję,że ze stanu swojego portfela jestem całkiem zadowolona. Dziś chciałabym przyjść do Was z opisem moich pierwszych wrażeń na temat cieni Colourpop. Wciąż się z nimi poznaję dlatego chętnie podzielę się z Wami moimi pewnymi przemyśleniami, zwłaszcza,że każdy z kolorów możecie zakupić osobno a nie np. w gotowej paletce. To co, zaczynamy?
Pierwsze cztery cienie wchodzą w skład gotowej palety skomponowanej przez moją ulubioną Kathleenlights ( koniecznie zobaczcie jej profil na YouTube! ❤ ) o nazwie Where the light is



Dodatkowym kolorem który dodałam do koszyka był Weenie, który swoją drogą znajduje się w innej palecie Colourpop również przy współpracy Kathleenlights. Z racji tego,że wierzę w jej szczerość wiedziałam,że nie będę żałować swojej decyzji!


Nigdy nie byłam zwolennikiem kupowania w większej ilości cieni pojedynczych. Od pewnego czasu złapałam się jednak na tym,że podczas wyjazdów wolę wybierać właśnie je ze sobą, bez obawy,że zniszczę inne większe paletki.


Glow polubiłam od pierwszego użycia choć po matowym wykończeniu spodziewałam się czegoś innego. W moim odczuciu jest on bardziej świetlisty i świetnie sprawdza się do rozjaśniania wewnętrznych kącików oka czy obszaru pod brwiami. Najbardziej polubiłam nakładać go małym, kuleczkowym pędzelkiem. Choć konsystencja ( która jest inna w porównaniu do cieni standardowych o której opowiem zaraz ) można powiedzieć,że nie sprzyja nakładaniu jej pędzlami to w tym przypadku nie widzę przeciwwskazań i efekt bardzo mi odpowiada. Gdybym miała porównać go do czegoś co już posiadam to przypomina mi Shimma Shimma od Makeup Geek który często stosuję w taki sam sposób jak Glow. Piękny kolor do codziennych makijaży a słowo subtelny oddaje go w 100%!


Cornelious to już typowy cień o wykończeniu matowym. Kathleen nazwała go tak ze względu na imię swojego psa! Przepięknie się rozciera i nie tworzy plam. Jest idealnym kolorem transferowym choć ja i tak w większości przypadków nakładam go solo i w dziennej odsłonie prezentuje się zjawiskowo. Faktem jest jednak,że poprzez jego dokładanie nie zbudujemy silniejszego koloru. Wciąż będzie taki sam więc fanki dużej intensywności koloru na oku mogłyby poczuć zawód. Dla mnie jest idealny!


Kolejne dwa cienie należą do tych o wykończeniu perłowym. Kathleenlights jest szalenie napigmentowany a nakładany opuszkiem palca na całą ruchomą powiekę wygląda jak przepiękna folia! 

Cień Weenie zachowuje się tak samo. Fanki kolorów typu rose gold powinny się nim zainteresować choć w 80% przewagę stanowią tutaj tony ciemnego różu. Po cichu zdradzę,że podczas Walentynek sam zrobił całą robotę i prezentował się cudownie!

Blaze ze wszystkich kolorów do tej pory stosowałam jedynie na dolną linię. Określiłabym go jako ciemną, zgniłą zieleń z drobinkami złota i brązu. Nie ukrywam,że jestem bardzo ciekawa tego jak będzie wyglądał na całej powiece ruchomej. Z uwagi na metaliczne wykończenie nie jest bardzo intensywny przy pomocy pędzla. Tak jak wspominał producent to opuszek palca będzie jego najlepszym przyjacielem.




Na końcu chciałabym opowiedzieć Wam o moich wrażeniach odnośnie samej konsystencji. Zapewniam,że nigdzie wcześniej nie spotkałyście się z taką formułą! Gdybym mogła porównać ją do czegoś znajomego to na myśl nasuwa mi się folia Rose Gold od Makeup Revolution choć Colourpop pod palcami jest jeszcze bardziej masełkowa. O ile matowe wykończenie przy pomocy pędzli nakłada się bez większego problemu to metaliczne bądź perłowe już niekoniecznie. ( Musiałam ostatnio skrócić paznokcie ponieważ nie mogłam dostać się do wewnętrznego kącika! )


Do pigmentacji nie mam najmniejszych zarzutów. Na zdjęciu przedstawiam Wam delikatne przeciągnięcie palcem! Ze śmiałością mogę stwierdzić,że kolor w opakowaniu oddaje to jaki jest efekt na oku a na tym zależy każdemu najbardziej! Więcej kolorów w cenie 39zł za sztukę możecie zobaczyć tutaj. Oczywiście w gotowym zestawie wychodzi taniej! Jak tylko czas pozwoli pokażę coś z nimi na oczach!

piątek, 10 lutego 2017

Lush Mask of Magnaminty czyli starcie z kultową maską-czyścikiem do twarzy!

Lush Mask of Magnaminty czyli starcie z kultową maską-czyścikiem do twarzy!
Wychodzę z założenia,że dopóki nie wypróbuję danych produktów marki nie będę wyrabiać sobie o niej opinii. Co prawda spora liczba negatywnych bądź pozytywnych słów kształtuje pewne wyobrażenia, to staram się tej zasady trzymać. Każdy z nas ma inną cerę, wymagania i boryka się z przeróżnymi niedoskonałościami którym chciałby zapobiec. Czy w przypadku osławionego produktu firmy Lush poczułam to o czym piszą inni?! Na to pytanie postaram się Wam właśnie dziś odpowiedzieć.

Po bardzo udanej wizycie w Pradze, z której fotorelację możecie zobaczyć tutaj wiedziałam,że udam się do tego popularnego sklepu.



Prócz kuli do kąpieli Intergalatic, której zapach i efekt wciąż przyprawia mnie o miłe wspomnienia, zwłaszcza wizualne, zapragnęłam także produktu w formie pasty-maski. Tak w moje ręce wpadła kultowa i znana na świecie Mask of Magnaminty.


Decydując się na zakup wybrałam mniejszą pojemność. Wizualnie samo opakowanie bardzo mi odpowiada. Jak to w przypadku Lush'a bywa widzimy na nim rysunek osoby, która produkt nam tworzyła.


Maska-pasta zawiera m.in. kaolin, bentonit, miód, fasolkę i mięte pieprzową. Dający zielone zabawienie chlorofil rozjaśnia, mielona fasolka Aduki delikatnie peelinguje, zaś mięta pieprzowa dezynfekuje, chłodzi i odświeża skórę. Producent zapewnia,że staje się ona rozjaśniona, odświeżona i dobrze oczyszczona.


Konsystencja bardzo mi odpowiada - łatwo się ją nabiera i nie spływa z twarzy. Za każdym razem stosowałam ją w formie maski a zmywając wykonywałam peeling. Niewątpliwą zaletą jest jej odświeżający zapach. Przypomina mi czekoladki z miętowym nadzieniem w środku! Przyrównując ją do nieco tańszej, miętowej wersji tonizującej Bani Agafii w uczuciu na buzi jest delikatniejsza i w mniejszym stopniu mi przeszkadza. Bania Agafii położona zbyt blisko oczu powodowała łzawienie - w tym przypadku tego nie zauważyłam.


Kosmetyk zostawiałam na twarzy koło 20 minut, nieco dłużej niż proponuje producent. Podrażnień ani nieprzyjemnego pieczenia nie było miejsca. ( Maska delikatnie zastyga więc mam większy problem aby ją zmyć lecz w przypadku większych trudności zawsze można wspomóc się np. tonikiem by ją zwilżyć!) Po tych kilkunastu użyciach uważam,że stanowi świetną bazę przed wykonaniem makijażu. Gdy mamy jakieś większe wyjście bądź zależy nam na tym aby podkład prezentował się ładniej - potrafi skórę twarzy uspokoić, delikatnie zmatowić i przyjemnie odświeżyć. Moje pory są dobrze oczyszczone a cera jest idealnie przygotowana do dalszych etapów pielęgnacji bądź zrobienia na niej makijażu.

 
Przyrównując jej działanie do czarnej maski od Iva Natura o której również Wam już tutaj wspominałam, mogę powiedzieć,że odczuwam w tym przypadku mniejsze wygładzenie skóry lecz równocześnie jej większe zmatowienie. Oba produkty zależnie od preferencji stosowałam więc na zmianę - Lush wygrywał pod względem użytkowania podczas ważnych okazji. To taki pewniak, który potrafił uratować moją cerę. Czarna maska zaś, nieco trudniejsza w spłukiwaniu idealnie wpisywała się wieczorami przed kąpielą, gdy zależało mi na dopieszczeniu cery i poprawie jej gładkości. 

Jestem z jej efektu zadowolona i sięgałam po nią z przyjemnością. Jak widać moja cera polubiła nieco inną konsystencję i zapach świeżo zerwanej mięty. Pragnę jedynie zaznaczyć,że nie mam problemów skórnych a na pojedynczych zmianach, które pojawiają się raz w miesiącu podrażnienia nie zaobserwowałam. W przypadku cer trądzikowych takiego zapewnienia dać nie mogę. Tak jak pisałam na samym początku - każdy indywidualnie powinien tego typu kosmetyki dobierać i testować.



Uważam,że marka Lush ma świetny marketing. Piękna ekspozycja, ciekawe i kolorowe produkty,które można przetestować i powąchać, miła obsługa wpływająca na jej pozytywny odbiór. W przyszłości, jeśli tylko będzie mi to dane będę chciała wypróbować czegoś więcej. Na tę chwilę rozpoczęcie przygody z jej asortymentem wzbudziło moją ciekawość - a to chyba dobry znak?!


Z minusów dotyczących maseczki-pasty widzę słabą dostępność. W Polsce niestety nie możemy cieszyć się jeszcze tymi produktami choć istnieje opcja zamówienia online. Cena ok. 32zł w tym przypadku jest dla mnie do zaakceptowania. Maski nakładałam bardzo mało, co gwarantowało sporą wydajność! Słyszałam też, że niektóre dziewczyny mrożą kosmetyki tej marki - jeśli również się do tego stosujecie napiszcie proszę na ten temat coś więcej. 

Na koniec od siebie mogę dodać,że jestem nią oczarowana. Spełniła moje oczekiwania i jeśli jeszcze kiedyś będę miała okazję ją kupić, chwycę za te małe czarne pudełeczko bez większego zastanowienia ❤.

wtorek, 7 lutego 2017

Hity Stycznia 2017!

Hity Stycznia 2017!
Styczeń przeleciał mi bardzo szybko, co niestety odbiło się na moim codziennym makijażu. Masa nowości z kolorówki musiała przeczekać dlatego dopiero na dniach rozpocznę jej bliższe zapoznanie. Dziś zapraszam Was więc na krótkie podsumowanie ubiegłego, szalonego miesiąca. Z wielką chęcią przedstawię Wam to co w ostatnim czasie mnie oczarowało!


Bez większego zastanowienia sięgnęłam po tusz 2000 Calorie od Max Factor. Równy miesiąc temu na moim instagramie zapytałam Was o doświadczenia z tym kultowym już produktem. Ciekawił mnie od zawsze, a cena 19.90 online jeszcze bardziej do jego zakupu mnie popchnęła.


Nie żałuję mojego wyboru! Choć z początku średnio byłam przekonana do jego szczoteczki, tak na dzień dzisiejszy nie potrafię z niej zrezygnować! Po wielu miesiącach z So Couture od Loreal, znalazłam tańszego i równie dobrego następce! Mam nawet wrażenie,że o wiele ładniej pogrubia i rozdziela, co bez wątpienia rzutuje na jeszcze piękniejszy efekt! Formuła podobała mi się od samego początku i nie miałam z nią problemów. Po miesiącu wciąż spisuje się świetnie! Już wiem,że w przyszłości kupię ponownie! Żałuję,że odkryłam ją tak późno!


Grudniowa paczka z produktami Glam wciąż jest przeze mnie używana i wkrótce zamierzam podzielić się z Wami moją opinią. Wolne sprawiło,że mogę bardziej pobawić się nowymi cieniami i jak dobrze pójdzie - pokażę ich efekt na sobie! Dziś uchylę rąbka tajemnicy i wspomnę,że bardzo polubiłam się z pędzlem O8. Świetnie dogaduje się z matowym cieniem 505 od My Secret. Przez cały styczeń duet ten wspomagał mój makijaż oka i stanowił bazę pod kreskę eyelinerem. Z powodu dość pokaźnych rozmiarów pędzelka, nałożenie cienia na całą powiekę ruchomą, załamanie aż pod łuk brwiowy i wewnętrzny kącik to kwestia kilku sekund. (Denko tylko potwierdza,że pisałam prawdę!) Mam nadzieję,że sam pędzel wyjdzie w przyszłości w odnowionej wersji. Kupię z pewnością!



W styczniu udało mi się również uporządkować część moich kosmetyków kolorowych. Połączyłam ze sobą dwa organizery i efekt końcowy, w większej ilości zdjęć możecie zobaczyć tutaj


Ulubioną piosenką, (towarzyszącą mi nawet podczas pisania tego postu)
 zostaje Stay.

Serialem który w całości obejrzałam na YouTube i zainteresował mnie sobą na tyle,że chciałabym rozpocząć drugi sezon jest Pakt. Fajna i trzymająca w napięciu fabuła, dobrze dobrani aktorzy i 6 odcinków, które skończyłam oglądać w ciągu 2 dni! Polecam wieczorem! 


Jak widać ulubieńców dużo nie było. Przewiduję,że w lutym może pokazać się tego znacznie więcej! W kolejce do testów czekają produkty Golden Rose które wygrałam w konkursie, paletka i eyeliner Colourpop czy wspomniane wcześniej kosmetyki z Glam shop'u!

czwartek, 2 lutego 2017

Point Zero od Colourpop czyli satynowa pomadka do ust!

 Point Zero od Colourpop czyli satynowa pomadka do ust!
Firma Colourpop słynie z niskich cen a przy tym dość dobrej jakości. Od bardzo dawna chciałam wypróbować coś z jej asortymentu i jak dobrze pamiętacie, udało mi się to zrealizować po świętach. Prócz cieni i eyelinera skusiłam się również na satynową pomadkę do ust. Po wielu dniach testowania, przyszedł czas wydać swoją opinię!


Moja wielka ekscytacja na usta w brązie nie minęła dlatego wciąż poszukuję przeróżnych odcieni tego pięknego koloru. Warto dodać,że point zero współtworzyła również moja ulubiona zagraniczna Youtuberka - Kathleenlights. Wybór okazał się więc dla mnie oczywisty! Dużo razy się go naoglądałam i wiedziałam czego mogę się mniej więcej spodziewać.


Przyznam,że już od pierwszej aplikacji poczułam,że formuła jest mi dziwnie znajoma. Po dłuższym namyśle, doszłam do wniosku,że przypomina mi ukochaną przeze mnie soft matte lip cream od Nyx. Różnica polega jedynie na stopniu intensywności i pigmentacji. Aby pokryć usta pomadką Colourpop wystarczy mi tylko jedna warstwa. Formuła w stylu delikatnego musu-pianki, nakłada się bez większego problemu. (Z uwagi na kolor polecałabym jedynie współpracować z jakąś dobrą konturówką.)


Względem zapachu nie mam zarzutów. Nie wyczuwam nic nieprzyjemnego. Satynowa formuła trzyma się moich ust dość dobrze lecz nie gwarantuje kilkugodzinnej trwałości. Nie zasycha na ustach tak mocno jak pomadki matowe. Tutaj trzeba kontrolować ją po każdym większym posiłku. Dla mnie nie jest to jakoś szczególnie uciążliwe. Zależało mi przede wszystkim na produkcie który zagwarantuje moim ustom większy komfort i będzie dobrą odskocznią od bardziej długotrwałych odcieni jakie posiadam.


Uważam,że w cenie 39zł kupiłam całkiem fajny produkt. (Od dawna myślałam o takim kolorze i upatrzyłam go nawet w ofercie MAC lecz cena była wyższa i istniało ryzyko,że odcień nie będzie do mnie pasował.) Z minusów mogę dodać,że napisy z opakowania ulegają ścieraniu. Ja pomalowałam je bezbarwnym lakierem i jak widać udało mi się je zachować. 


Zdaję sobie sprawę,że kolor nie będzie odpowiadał każdemu. Jeśli jednak tak jak ja, poszukujecie czegoś w tym stylu - jestem w stanie Wam ją polecić. Dobrą wiadomością jest również to,że firma oferuje jeszcze więcej odcieni dlatego wierzę,że każda z Was znajdzie coś dla siebie. Ja swoją sztukę zamówiłam tutaj. Sprawdźcie koniecznie inne warianty! 


Znacie satynowe formuły tych pomadek?
Co o nich sądzicie?

środa, 1 lutego 2017

Organizacja kosmetyków! Nowy organizer!

Organizacja kosmetyków! Nowy organizer!
Nie uważam się za kobietę posiadającą niezliczoną ilość kosmetyków do makijażu. Owszem lubię poznawać nowe formuły i marki lecz potrafię zachować w tym wszystkim zdrowy rozsądek. Cenię sobie dobrą organizację dlatego dziś chciałabym przyjść do Was z prezentacją produktu który w tej kwestii od pewnego czasu bardzo mi pomaga!


Mowa o organizerze który kilka tygodni temu przyszedł do mnie ze sklepu Banggood . Opcji wyboru było kilka . Mi najbardziej spodobała się wersja na dwie szufladki. Od zawsze poszukiwałam czegoś na pigmenty bądź pojedyncze cienie do oczu które trzymałabym w jednym miejscu.





Wielkim plusem jest dla mnie fakt możliwości wyciągania półeczki. Do tego bardzo łatwo jest wszystko utrzymać w czystości. Nie wspomnę o wizualnym wyglądzie całości! Od bardzo dawna marzył mi się organizer w takim stylu!



Jak widzicie połączyłam go z organizerem na szminki, który za małą kwotę kupiłam na Aliexpress. Wszystko pod ręką i do tego w jednym miejscu - o to mi chodziło! Jestem bardzo zadowolona! 

Koniecznie dajcie znać jak u Was wygląda organizacja kosmetycznych skarbów! Możecie polecić coś konkretnego? Ja z góry przepraszam za ostatnie nieobecności - zaliczenia na studiach dawały o sobie znać! Całe szczęście już wszystko za mną i mogę poświęcić się blogowaniu!

Copyright © 2016
kargawr.pl
, Blogger