sobota, 11 czerwca 2016

4 cienie, 10 dni - czas na pierwsze wrażenia Makeup Geek! Grandstand, Magic Act, Beaches and Creme, Shimma Shimma!

Makijaż towarzyszył mojemu życiu od najmłodszych lat. Jak dziś dzień pamiętam moment w którym miałam koło 8-9 lat i wzorując się na obrazku kobiety w gazecie, podkradając przy tym cienie mojej babci próbowałam odtworzyć na sobie to co widzę. Nie muszę chyba rozwodzić się nad tym,że efekt najpiękniej nie wyglądał jednak przez takie sytuacje uważam,że znajduję się w miejscu w którym jestem obecnie. Przechodząc od intensywnych, kolorowych makijaży, kończąc na całkiem neutralnych barwach pokochałam tworzyć na swojej buzi codziennie inne efekty. Makijaż stał się wielką przyjemnością, która sprawia mi wiele radości. Nikogo nie zdziwi więc fakt,że w miarę upływu czasu zaczęłam interesować się coraz trudniej dostępnymi markami, polecanymi na całym świecie. Wiem,że dla kogoś może wydawać się głupie to,że cieszę się z posiadania takich produktów. Ja natomiast odczuwam w tym wielkie podekscytowanie i szczęście,że mogę doznać konkretnego produktu, na własnej buzi. 

Od 10 dni w moich rękach, a dokładniej w magnetycznej palecie z Inglota, znajdują się cztery cienie marki Makeup Geek. Przez ten czas próbowałam każdy z kolorów przetestować na różne sposoby i podzielić się z Wami szczegółowo moimi recenzjami. Wiele osób te produkty bardzo zachwala i ciężko dowiedzieć się na ich temat czegoś więcej. Mam nadzieję,że rozwieję dziś Wasze wątpliwości.


Grandstand oraz Magic Act są cieniami foliowymi i to od nich chciałabym zacząć. Oglądałam w internecie bardzo dużo filmów, które ukazują ich efekt co sprawiło,że pokochałam je od samego patrzenia. 


Wcześniej przez długi czas używałam cienia foliowego marki Makeup Revolution, wklepując go palcem. Zamawiając grandstand oraz magic act myślałam,że konsystencja będzie delikatnie zbliżona. Powiem Wam,że się zdziwiłam bo spotkało mnie coś kompletnie innego. Cienie marki Makeup Geek zupełnie się różnią i nie są tak bardzo mokre, co w moim odczuciu jest plusem ponieważ nakładając je na powiekę nie tworzą skorupy, co od czasu do czasu przytrafiało się foli z MUR. W kwestii aplikacji na powiekę polecałabym na początku zmatowić łuk brwiowy, następnie nałożyć wedle upodobań cienie w załamanie, po czym na samym końcu wklepać palcem wybraną folię. Efekt jest wtedy najbardziej intensywny i zadowalający. Gdy robiłam na odwrót, cień tracił na pigmentacji i całość nie wyglądała tak jakbym chciała.


Wszystkie cztery cienie nakładałam na moją zaufaną bazę z Inglota. Gdybym miała porównać trwałość grandstand do magic act to druga propozycja wypada trochę gorzej. Trzeba odpowiednio pod względem ilości ją nałożyć ponieważ lubi zbierać się po kilku godzinach w załamaniach. 


Kolor shimma shimma nakładałam w celu rozświetlenia wewnętrznego kącika oraz na powiekę ruchomą. Na tej podstawie uważam,że znacznie lepiej prezentuje się w pierwszej odsłonie. Określiłabym go jako produkt do dopełnienia makijażu, rozświetlenia spojrzenia.
W ostatnim matowym cieniu beaches and creme nie pokładałam zbyt wielkich oczekiwań. Kupiłam go z ciekawości ale też po to abym miała czym rozcierać wcześniejsze mocno napigmentowane produkty.Jest to dla mnie wielkie zaskoczenie i odkrycie! Nakłada się i rozprowadza jak marzenie! Kilka ruchów i cieniowanie jest załatwione! Ukochana czekolada z Too Faced również posiada takie wykończenia ale potrzeba tam zdecydowanie większej precyzji i czasu. Beaches and Creme powalił mnie na kolana, co więcej już dziś wiem,że moja kolekcja się powiększy! Pod palcami jest niezwykle przyjemny, przypomina Mary Lou Manizer dlatego podczas nabierania może się pylić. Mi to jednak nie przeszkadza ponieważ ma wspaniałą trwałość i wygląda obłędnie!


Cienie mnie nie rozczarowały i nie żałuję ich zakupu. Co prawda w kwestii foli miałam inne wyobrażenia lecz nie zawiodłam się. Cena jest wysoka ale dla samego wypróbowania choć jednego koloru, odżałowałabym pieniędzy. Pigmentacja i rodzaj ich wykończenia sprawia,że każdy makijaż prezentuje się niezwykle efektownie i nie potrzeba niczego więcej. Jeśli szukacie czegoś rozświetlającego a przy tym o mniejszej intensywności, zerknijcie na shimma shimma. Co do beaches and creme, jest uniwersalnym, matowym kolorem, dlatego podejrzewam,że wśród wielu kobiet zyskałby uznanie i równie wysokie miejsce co u mnie. Już dziś wiem,że moja kolekcja się powiększy i z chęcią o nowych kolorach wkrótce Wam opowiem!

18 komentarzy:

  1. Świetne są te cienie. Ja również bym nie żałowała, że je zakupiłam :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wyglądają naprawdę pięknie :) Kuszą mnie od dawna.

    OdpowiedzUsuń
  3. Oczarował mnie odcień shimma shimma :) To dobrze, że jesteś zadowolona z tych cieni :)

    OdpowiedzUsuń
  4. mam ten cień foliowany z Mur uwielbiam go jak dla mnie jest idealny :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetne kolory wybrałaś :) Shimma shimma mnie urzekł ;) Czekam na makijaż w takim razie:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Jestem zachwycona pigmentacją :). Gdyby nie MAC na pewno bym coś kupiła.

    OdpowiedzUsuń
  7. Mam jeden foliowy cień i mam takie samo podejscie do niego - aplikuje go na samym końcu inaczej traci na intensywności.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja bardzo lubię cienie MUG, mam 5 (na blogu można znaleźć o nich post) i marzę o cieniach foliowych. Nie sądziłam, że mogą być z nimi jakieś problemy z uzyskaniem intensywności. Tak czy inaczej - wybrałaś rewelacyjne kolory!

    OdpowiedzUsuń
  9. grandstad jest przecudny! muszę go sobie koniecznie kiedyś zamówić :)
    ja beaches and cream bardzo polubiłam jako cien bazowy na całą powiekę :)świetnie wygląda z Mango Tango :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Przepiękne kolory! Fajnie by było, gdyby takie cudeńka trafiły kiedyś i do mojej kosmetyczki :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Przepięknie wyglądają! Nawet nie umiem się zdecydować, który kolor podoba mi się najbardziej <3

    OdpowiedzUsuń
  12. Świetnie się prezentują :)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016
kargawr.pl
, Blogger